Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2015

:::w koło Macieju:::

No dobra, będę nudna, bo dziś znów (klik) będzie o moim ulubionym serialu animowanym (nie ulubionym w ogóle, tylko ulubionym spośród tych, które oglądamy). A oglądamy niewiele, bo nie mamy telewizora. Tak naprawdę dziękiu temu nie mam orientacji w temacie.
W koło Macieju, ale jakoś nie mogę przestać się zachwycać "Strażnikami miasta".

Jak dotąd sądziłam, że to produkcja amerykańska, ale nie - okazuje się, że szwedzka. To wiele tłumaczy.

Dotychczas gustowałam w poetycko-muzycznych produkcjach rosyjskich (klik), a ostatnio oglądam z niekłamaną radością stare polskie animacje, jak te zebrane w "Antologii polskiej animacji dla dzieci"(klik, choć strona nie całkiem czytelna). Zobaczcie koniecznie, choćby dla starego dobrego Antonisza, purnonsensowej "Lokomotywy" Rybczyńskiego (starszej ode mnie) i innych kwiatków, co by nie powiedzieć bardzo wyrafinowanych, jak na gusta i powszechne przyzwyczajenie do bycia poddawanym ultraszybkiemu bodźcowaniu z każdej strony.

Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie malca, który wytrzymuje z polską szkołą animacji dłużej niż pięć minut.

Tyle na marginesie, a wracając do rzeczy.

Oto litania pod tytułem co mi się podoba w "Strażnikach miasta"?

*wszyscy wygrywają, bo tak naprawdę nie o rywalizację chodzi, ale o współpracę (odcinek o konkursie talentów).

*wszyscy po obywatelsku solidarnie sprzątają ("Wszyscy bardzo byśmy chcieli, żeby nasze miasto wyglądało czysto i schludnie").

*lepiej w towarzystwie niż samotnie ("Granie w piłkę jest o wiele fajniejsze, gdy robi się to z kimś, a nie samemu").

*"czarnym" owcom się wybacza, kiedy popełniają błędy (notorycznie łamiący zasady współżycia społecznego Harry).

*wszelcy "odmieńcy" mają swoje miejsce w społeczności, nikt nie ma ich za gorszych/niepełnowartościowych (niezborny Rufus, z roztargnienia co chwilę zaprószający ogień).

A dlaczego?
Dalej w koło Macieju do znudzenia powtarzać będę matrę. Wartość artystyczno-plastyczna to duż, ale nie wszystko. Każdy sposób jest dobry, żeby od małego wzmacniać kręgosłup.



środa, 27 maja 2015

:::cieszymy się, że możemy pomóc*:::

Ostatnio często oglądam z synem "Strażników Miasta" ("Heroes of the city"). Szczerze mówiąc nie jestem fanką amerykańskiej kultury ogólnie (choć są wyjątki) i specyficznej retoryki, którą mogłabym streścić jako prosto-dowcipnie-dosadnie. Lubię prostotę, nawet prostolinijność, ale innego gatunku (klik). Trochę bardziej wyrafinowaną, poetycką, a najlepiej prostotę, pod którą kryje się "coś" więcej. Jakieś nieczytelne z pozoru, ukryte na pierwszy rzut oka odwołania, nitki, które wiodą w inne, dalekie światy i tak dalej. Fani "Sztuczek" Jakimowskiego będą wiedzieli, o co chodzi. 

Ale "Strażnicy Miasta" przekonali mnie czymś ważnym, czego ostatnio brakuje  n i e s t e t y  na wielu okolicznych polach i poletkach. 

Nie chodzi bynajmniej o to, że bohaterowie filmu działają w "słusznej" sprawie, co jest leitmotivem wielu opowieści dla młodszych i starszych dzieci.

Bohaterowie znają się, lubią, a przede wszystkim działają na rzecz swojej społeczności, mikroświata, w którym żyją. Współpracują i pomagają sobie w razie potrzeby.
Nawet jeśli popełniają błędy i mają swoje małe słabości (Harry) czy ekstrawagancje (Rufus), nie wyklucza ich to ze społeczności i nie przydaje kłopotliwej łatki ("ten czarny, a tamten biały").

Moje dziecko nie ma jeszcze dwóch lat. Oprócz mamy, z którą spędza dużo czasu, chodzi do żłobka, w którym jest jednym z dwadzieściorga dziewięciorga dzieci, a zarazem  j u ż  stało się członkiem małej społeczności. Kolejne kroki przed nim - w każdym razie z momentem pójścia do żłobka znalazło się w świecie s p o ł e c z n y m, w którym jest  n i e przebywa wyłącznie samo (jeśli nie liczyczyć mamy).

Od 2009 r. obowiązuje podstawa programowa przedszkoli, która opisuje, jakie kompetencje społeczne powinien posiąść przedszkolak. 

Pytanie, na ile my sami (rodzice) kształtujemy postawy  p r o s p o ł e c z n e  i obywatelskie naszych dzieci.
A na ile kształtuje (albo ma kształtować) je przedszkole, a potem szkoła (w których to dziecko, jak wiadomo spędza lwią część dnia).

Jestem świeżo po lekturze zeszłotygodniowej "Polityki"(klik), w której Ewa Wilk pisze tak:
W Polsce mamy dziś do czynienia z licznymi wirusami, które sprawiają, że potencjalne kompetencje mutują w swoje karykaturalne przeciwieństwa. Zaczyna się od dzieci. Cóż po światłych ustawowych zapisach o umiejętności współpracy w zespole, jeśli cały system edukacyjny został podporządkowany prawu testu i dyktatowi rankingu? I to osobliwej odmianie tej wyścigowej kultury, bo przecież nie chodzi w niej o to, by wykazać się wiedzą na określonym poziomie, ale by inni okazali się gorsi.
Gorąco polecam ten tekst ku refleksji. W dużej mierze zgadzam się z postawioną diagnozą, choć w sytuacjach, w których stawia mnie życie, mam okazję obserwować częściej rzeczywistość dorosłych. 
Do szkoły, jako rodzic ucznia in spe mam na razie daleko (i chyba tej perspektywy jeszcze nie ogarniam), poza tym szkoła szkołą, a człowiek przede wszystkim kształtuje się w domu. 
Ciężka praca zatem przed nami, milordzie. 
Ktoś może zapytać, co ma do tego amerykańska bajka? Ano bezpośrednio nic. Jest lustrem, które odbija postawy albo medium, które może promować dobre praktyki. Jest punktem wyjścia do refleksji, że razem można więcej. Że wspólne, a nie osobne (lub tym bardziej) działanie przynosi większą korzyść. Zanim nadejdzie czas, kiedy będziemy wdrażać działanie w życie, dobrze jest świadomie stykać się z przekazem, który świadomie wybierzemy i który - przynajmniej dla nas ma sens.
My wierzymy, że wspólne działanie ma sens. Dochodzenie do konsensusu, wspieranie się, możliwość wzajemnego liczenia na siebie. Chcemy się uodpornić (i uodpornić naszego syna) na wirus egoizmu, egotyzmu, skrajnego indywidualizmu.



















Czym skorupka za młodu nasiąknie.
* cytat pochodzi ze "Strażników".

czwartek, 19 lutego 2015

Dziecko a ruchome obrazy (nasz mini ranking bajek)

Telewizora nie mamy od lat. Wiadomości oglądamy on-line, na filmy chodzimy do kina albo urządzamy seanse domowe na prześcieradle, przerobionym na ekran. Powstał nawet pomysł zorganizowania kina letniego na pustej ścianie sąsiedniego budynku.

Sporadyczne kontakty z telewizją pod różnymi postaciami utwierdzają nas w przekonaniu, że dokonaliśmy sensownego wyboru. 


Po pierwsze - psieje ogólnie poziom kultury (w tym masowej), wystarczy porównać edycję Opola A.D. 77 do produkcji festiwalowych ostatnich lat. W telewizji nie ma czego szukać. Przynajmniej w ogólnodostępnych kanałach i o ludzkich porach. Zapomnijcie o misji.


Co do poziomu z '77 patrzcie i słuchajcie intro w wykonaniu Agnieszki O., Jonasza K. i Wojciecha M. (klik
Cud i miód, poezja sama. Wojciech M. autoironicznie wspomina początki festiwalu:
"I opolskie me pisanie rozpocząłem od zadania straszliwego ciosu w piosenkarską szmirę.
Ludzie to lubią, ludzie to kupią,
byle na chama, byle głośno, byle głupio". 

Trafna diagnoza, ale raczej tego, co króluje teraz.


Po drugie - chodzi (też, ale nie przede wszystkim) o agresywne, wszędobylskie, prymitywne reklamy. Reklamy, które zakłócą skutecznie wszelki odbiór i przekształcają sensowne treści w sieczkę. W tym temacie polecam Iwo Zaniewskiego (klik).


Okazuje się, że jak się ma dziecko,  c z a s e m  t r z e b a. Oglądać bajki, nie reklamy (choć reklamodawcy chcieliby inaczej). Choćby się człowiek nie wiem, jak zarzekał, że za żadne skarby, że nigdy, bo pranie mózgu i negatywny wpływ na zwoje mózgowe i połączenia synaptyczne. Że tylko interakcja, bo interakcja uczy i kształtuje (liczne badania dowodzą, że tak jest).


Na dodatek naczyta się rodzic rekomendacji wu ha o i a pe pe (klik), a one jasno mówią, że nie można i się nie powinno (ta sama historia, co ze słodyczami, poznajecie?).
Jaka by nie była prawda, w praktyce latorośl wyje w niebogłosy podczas jazdy samochodem, zabiegów higieniczno-leczniczych i bez (multi)medialnego zajęcia jest ciężko ogarnąć sytuację (albo się nie da w ogóle).

Znam rodziców, którzy dzieciom w ogóle nie dają słodyczy. Ani żadnych obrazów ruchomych technologicznie zaawansowanych nie fundują. 
Znam też takich, co podróżują z tabletem w torbie i serwują go przy lada okazji.

Bywa różnie. W końcu różne mamy dzieci. I różne potrzeby. 

Pytanie brzmi, co oglądać? (jeśli już trzeba).

Tadam! Przedstawiamy nasz prywatny ranking obrazów, dostępnych w internecie:

Misza i Masza

Animacja rosyjska pod wieloma względami to światowa czołówka. Masza i Misza (niedźwiadek) to nasza ulubiona baja. Para niekonwencjonalna: Misio jak znękany rodzic wiecznie próbuje uszczknąć coś dla siebie i swoich pasji (warcabów i sudoku), miota się między rolami, własną wygodą i miłością do małej, upierdliwej czasem (jak to dziecko) dziewczynki. 
Do towarzystwa mają sympatyczny zwierzyniec. Każde zwierzątko ma swoje drobne pasje i natręctwa: jest świnka melomanka, wilki łakomczuchy, królik uzależniony od marchewki.
A wszyscy żyją bezstrosko pośrodku rosyjskiej tajgi, w pobliżu linii kolejowej do Chin. 
Na minus (włożę łyżkę dziegciu): stereotypowy sposób, w jaki przedstawiona jest ukochana kobieta Miszy - pani Misia. Mimozowata młośniczka mięśniaków z kaloryferem, kolorowych pisemek (w opozycji do poczciwego Miszy intelektualisty). Wybaczcie, ale zwracam uwagę, na takie kwestie, nawet (a zwłaszcza) w bajkach dla dzieci.

Na plus: liczne, ironiczne odwołania do kultury masowej (głównie amerykańskiej), umiejętne wykorzystanie różnych klisz kulturowych. Ale to oczywiście gratka nie dla dzieci, tylko dla oglądających coś po raz n-ty rodziców.

Świnka Peppa 

Świnka, jak świnka. Miła i bezpretensjonalna, okraszona angielskim poczuciem humorem, ale bez zadęcia. Życie codzienne świnkowej rodziny (2+2) biegnie utartymi torami, ale jest wesołe (świnki często się śmieją, kładąc przy tym na plecach). Warto oglądać w wersji angielskiej - mama świnka jest tu sympatyczniejsza niż w polskiej (polski dubbing czyni ją nieco apodyktyczną).

Kołysanki świata (klik)

Kolejna świetna animacja rosyjska. Cykl kołysanek z różnych stron świata, w duchu raczej tradycyjnym. Przepiękna muzyka, zacne obrazy (różnią się stylem i charakterem, ale większość jest, co tu dużo mówić - wizualnie atrakcyjna). Kopalnia wiedzy o kulturach świata, oczywiście na poziomie dziecięcym. Moim faworytem jest bajka ormiańska, portugalska i żydowska (aszkenazyjska), faworytem Jerza - kołysanka afrykańska. Dobra wiadomość dla patriotów - jest też wersja polska.

Świat małego Ludwika (klik)
Produkcja francuska. Niby nic szczególnego, niby edukacyjna bajka z gatunku nudno-łopatologicznego, ale uwaga: nasz 1,5 roczny berbeć, ją uwielbia! Przeciętny dorosły zaśnie znużony po dwóch minutach. Po dziewięciu możliwe, że będzie gryzł ściany.
Na plus: łagodna muzyka klasyczna (rzadkość), powolne  tempo. Przebodźcowanie odbiorcy nie wydaje się możliwe:)

Czego nie oglądać?

Hindusko-angielskich pseudoanimacji ilustrujących superpopularną piosenkę o autobusie (klik). Głowa boli.
Diskopolowych piosenek o jagódkach- skaczących główkach (klik). Choć pewnie niektóre dzieci je uwielbiają, ale ja żadnych walorów nie znajduję:)

Jeśli macie swoje typy - podzielcie się. Nadal szukam inspiracji!