Na naszym podwórku BLW się NIE sprawdza
Teoretycznie BLW jest świetną sprawą - nie wymaga kulinarnych wygibasów i wielogodzinnego stania przy garach. Słusznie zakłada, że wszyscy jak jeden mąż zjadać będą to samo.
Na dzień dobry, matka papieska jak sam papież - wypożyczyła stosowną, wszem i wobec znaną książkę made by Mamania (klik), poguglała tu i tam, zaprzyjaźniając się w szczególe z tablicami żywienia niemowląt (klik), następnie nabyła właściwe warzywa, a chwilę potem wysokiej klasy cielęcinę z tzw. sprawdzonego źródła i co? I jedno wielkie n i c.
Przez pół roku z okładem dziecię nie chciało tknąć niczego, co miałoby postać litego kawałka. Ani mięsa, ani rybki ani tym bardziej żadnego warzywka. Jeśli Księciunio badał organoleptycznie, to z pominięciem węchu i smaku - tak, jakby te zmysły nie istniały w ogóle albo nie były jeszcze zupełnie rozwinięte. Na JuTjubie matka z niejakim zadziwieniem przyglądała się ośmiomiesięcznym oseskom, ogryzającym pazernie jagnięcą kość.
Księciunio przez długi czas eksplorował żywieniową rozmazując ją po blacie stolika i sprawiając nieodparte wrażenie, że nie ma zielonego pojęcia, do czego służyć może kawałek banana, brokuła, czy kukurydziany chrupek.
Od czasu do czasu udawało się matce skutecznie zaproponować (najczęściej chytrym podstępem) kawałek ugotowanej marchewki czy innej zieleniny w formie zmielonej papki.
Księciunio od początku łaskawym okiem patrzył jedynie na kaszę mannę na krowim (a jakże) mleku. Pięknie grillowany bukiet jarzyn, na czele z neutralną w smaku cukinią, ku rozpaczy matki także nie miał wzięcia.
Nie bez znaczenia był fakt karmienia piersią Księciunia przez 16 miesięcy. Wiadomo nie od dziś (i wiele na ten temat zostało powiedziane), że mleko matki długo zaspokaja zapotrzebowanie na kalorie, witaminy, składniki mineralne. W przedziale 1-2 lata pokrywa zpopyt na na energię w jednej trzeciej. Z drugiej strony wiadomo też, że wprowadzanie potraw uzupełniających z a l e c a s i ę już w wieku sześciu miesięcy (klik).
U nas jednak jedzenie rozumiane jako p r ó b o w a n i e n o w e g o ruszyło z kopyta dopiero po całkowitym odstawieniu mleka.
Stan na dziś:
Dziś, w 21-szym miesiącu życia sprawdzają się:
- wszelkiego rodzaju kluchy, najchętniej na bazie sera i ziemniaków (leniwe, kopytka, ruskie wiodą prym)
- jeśli zupy to w postaci kremu, sporadycznie warzywa w kawałkach
- jeśli mięso, to zmielone, wymieszane z ziemniakami puree w proporcji 1:3
- ziemniaki (no tak, ziemniaki są słodkie)
- szpinak (oczywiście zmielony)
- chleb - najczęściej z masłem, ew. ze serem, rozsmarowanym na kanapce, skórka jest bleee
- wszelkie słodkości, których matka w wiadomych względów unika
- makarony w drobnymi kawałkami czegoś (najlepiej sprawdza się wszelkiego typu pesto)
- naleśniki i pancakes'y z mąk różnych
- kasze: jaglana, kukurydziana, manna
- płatki owsiane
- parówki (olaboga, MOM!) i jajka
- soczewica, chętnie z mleczkiem kokosowym
- banany i jabłka - inne owoce nie istnieją, chyba, że zmielone i zmieszane z czymś innym, np. kaszą
- ogólnie nabiał (a mleko zwłaszcza)
- do picia woda, woda, i jeszcze raz woda!
A czego Księciunio programowo nie jada? (mimo podejmowanych nie raz prób)
- warzyw niegotowanych
- warzyw kiszonych (ech, kapuśniak, ech ogórki)
- wędlin wszelkiej maści
Największe zaskoczenia minionego roku?
- jogurt kozi o zapachu kozy, zjedzony ze smakiem
Podsumowując: aktualnie dieta Księciunia wydaje się monotematyczna, z niedoborem warzyw, mięsa, ryb i pewną nadpodażą (w matczynej ocenie) nabiału i zbożowych węglowodanów. Cóż począć - tak lubi. Pozostaje żywić nadzieję, że pantha rei, kiedyś będzie wszystko inaczej.
Na plus zaliczam: picie wody, przekonanie do soczewicy i możliwość przemycenia elementów zielonych lub warzywnych z towarzystwie klusek i makaronu.
Także matki Tadków niejadków: głowa do góry. Nie jest źle, a może być nawet lepiej!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 marca 2015
wtorek, 3 marca 2015
Matka matce wilczycą?
Mater matris lupa est.
Jest mi gorzko ostatnio.
Wydawało mi się przez chwilę, że jedziemy na jednym wózku. My - matki (albo szerzej: my - rodzice, żeby nie było, że stereotypizuję). Skoro bywa nie raz, a nawet często, że trudności i radości mamy podobne. A zdarza się, że i identyczne.
Jasne jak słońce, że inaczej je przeżywamy i inaczej sobie radzimy, bo inne mamy zasoby.
Jest mi gorzko ostatnio.
Wydawało mi się przez chwilę, że jedziemy na jednym wózku. My - matki (albo szerzej: my - rodzice, żeby nie było, że stereotypizuję). Skoro bywa nie raz, a nawet często, że trudności i radości mamy podobne. A zdarza się, że i identyczne.
Jasne jak słońce, że inaczej je przeżywamy i inaczej sobie radzimy, bo inne mamy zasoby.
Różne cele nam przyświecają i różne wartości nas prowadzą.
Tylko dlaczego niektóre (niektórzy) stawiają sobie za cel, żeby przekabacić inne (innych)? Czyżby chodziło o tak zwaną misję?
Misja wydaje się ważna i potrzebna pod warunkiem, że nie działa się zbyt napastliwie. Fajnie i inspirująco, jeśli inni chcą czerpać z naszej wiedzy i doświadczenia.
Nawracanie na "jedynie słuszną drogę" jest jednak indoktrynacją. A indokrynacja nigdy nie jest właściwa.
Chcesz karmić dziecko mm - proszę bardzo. Czipsami? Colą? GMO? Czemu nie. Posyłasz je na religię katolicką albo do zboru świadków Jehowy? Proszę bardzo.
Wolicie spędzać czas, leżąc na sofie przed telewizorem albo przeciwnie - jeżdżąc na hulajnodze? Wolnoć Tomku. W kwestiach zarówno błahych, jak i istotnych.
Dopóki nie dzieje się nikomu ewidentna krzywda, wszystko można.
Tylko dlaczego niektóre (niektórzy) stawiają sobie za cel, żeby przekabacić inne (innych)? Czyżby chodziło o tak zwaną misję?
Misja wydaje się ważna i potrzebna pod warunkiem, że nie działa się zbyt napastliwie. Fajnie i inspirująco, jeśli inni chcą czerpać z naszej wiedzy i doświadczenia.
Nawracanie na "jedynie słuszną drogę" jest jednak indoktrynacją. A indokrynacja nigdy nie jest właściwa.
Chcesz karmić dziecko mm - proszę bardzo. Czipsami? Colą? GMO? Czemu nie. Posyłasz je na religię katolicką albo do zboru świadków Jehowy? Proszę bardzo.
Wolicie spędzać czas, leżąc na sofie przed telewizorem albo przeciwnie - jeżdżąc na hulajnodze? Wolnoć Tomku. W kwestiach zarówno błahych, jak i istotnych.
Dopóki nie dzieje się nikomu ewidentna krzywda, wszystko można.
*
Sytuacja 1. Jakiś czas temu w pewnej grupie o karmieniu piersią zadałam pytanie j a k odstawić pierś bezboleśnie i łagodnie. Nie chodziło mi o rozwianie watpliwości - zostało to wypowiedziane w p r o s t.
A co w odpowiedzi?
W 90%: nie-kończące się pytania ("dlaczego?", "czy naprawdę musisz?")
W 18%: odwodzenie od pomysłu ("pogadaj z doradczynią"),
W 2%: "nie pomożemy ci, bo ta grupa wspiera karmienie do naturalnego samoodstawienia się".
Poza tym popularny wywód o szkodliwości karmienia mm.
Sytuacja 2. Decyduję się na żłobek. Nie jest mi łatwo (o tym tu), ale decyzja zostaje podjęta, a kości rzucone. Idąc tym tropem, w stosownej grupie zadaję pytanie: j a k łagodnie przeprowadzić adaptację. I cóż?
Większość odpowiedzi odwołuje się do teorii przywiązania Bowlby'ego. Większość głosów ma odwieść mnie od już podjętej decyzji. A więc znów "pod żadnym pozorem nie posyłaj dziecka do żłobka", "separacja prowadzi do zaburzeń emocjonalno-rozwojowych". I tak dalej.
Mogę się zgodzić z teorią Bowlby'ego (klik), ale nie o t o pytałam!
Jest mi gorzko, że często zbyt pochopnie oceniamy. Zbyt pochopnie, zbyt jednoznacznie, zbyt zasadniczo.
W sumie jest tak, jak w tym spocie reklamowym, co przetoczył się niedawno przez internety (klik)
A co w odpowiedzi?
W 90%: nie-kończące się pytania ("dlaczego?", "czy naprawdę musisz?")
W 18%: odwodzenie od pomysłu ("pogadaj z doradczynią"),
W 2%: "nie pomożemy ci, bo ta grupa wspiera karmienie do naturalnego samoodstawienia się".
Poza tym popularny wywód o szkodliwości karmienia mm.
Sytuacja 2. Decyduję się na żłobek. Nie jest mi łatwo (o tym tu), ale decyzja zostaje podjęta, a kości rzucone. Idąc tym tropem, w stosownej grupie zadaję pytanie: j a k łagodnie przeprowadzić adaptację. I cóż?
Większość odpowiedzi odwołuje się do teorii przywiązania Bowlby'ego. Większość głosów ma odwieść mnie od już podjętej decyzji. A więc znów "pod żadnym pozorem nie posyłaj dziecka do żłobka", "separacja prowadzi do zaburzeń emocjonalno-rozwojowych". I tak dalej.
Mogę się zgodzić z teorią Bowlby'ego (klik), ale nie o t o pytałam!
*
Staram się wsłuchiwać w wielogłos. Nie upieram się przy swoim. Mam swój łeb na karku, swoją wrażliwość, patrzę przez własne okulary. Pewnie inni przez te same okulary ujrzeliby coś zupełnie innego. Jest mi gorzko, że często zbyt pochopnie oceniamy. Zbyt pochopnie, zbyt jednoznacznie, zbyt zasadniczo.
W sumie jest tak, jak w tym spocie reklamowym, co przetoczył się niedawno przez internety (klik)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)