Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2015

:::zapomniane słowa: BEZinteresowność:::

"Zapomniane słowa". Jest taka świetna książka wydawnictwa "Czarne", pod redakcją Magdaleny Budzińskiej, która cały koncept wymyśliła i wyreżyserowała.

Mądre głowy świata kultury i nauki prezentują w niej swoje ulubione, znikające słowa. Znikające, czyli odchodzące do lamusa, jak odchodzą w zapomnienie pojęcia, do których słowa te się odnoszą. Z różnych względów. Jeśli ktoś jest ich ciekaw - niech sięgnie po książkę.

Na końcu znajduje się pusta strona, na której wpisać można swoje zapomniane słowo.

Moje zapomniane słowo brzmi: bez-interesowność.
Zagubiła się gdzieś bezinteresowność. 

Pytałam dzieciaki z gimnazjum, z którymi zbieraliśmy jedzenie dla Banku Żywności, czemu/po co to robią. Powiedziały mi, że mają wyższą ocenę ze sprawowania. Żadne nie zająknęło się, że może ktoś nieznany (a potrzebujący) zyskuje dzięki ich zaangażowaniu i pracy.  

Pytałam lokalny portal, czy wrzucą informację o działaniach klubu społecznego. Wrzucą, ale w dalszej perspektywie chcieliby  c o ś  w zamian. Zgaduję, że coś bardziej wymiernego niż słoik truskawkowego dżemu hand-made i uśmiechu, bo tyle na razie może lokalny klub, który działa na rzecz społeczności lokalnej, bazując na energii własnej.

Cenimy swój czas i kompetencje, dbamy przede wszystkim o swoje własne poletko. Rozumie się - najważniejsza jest  n a s z a  rodzina, n a s i  bliscy, n a s i  przyjaciele.
Często słyszę, że ktoś czegoś nie robi albo o czymś nie myśli, "bo nie ma czasu, bo ma rodzinę/dziecko".

Żeby była jasność - nie postuluję, żeby rozdawać swoje zasoby za darmo na lewo i prawo. Chodzi mi jedynie o prostą rzecz, która znacząco, choć niewymiernie poprawia jakość relacji społecznych. Ta prosta rzecz to działanie dla innych bez widoku na bezpośrednią i wymierną korzyść. 

Nic nie kosztuje (albo kosztuje niewiele):

*zaniesienie zakupów nieznajomej staruszce - choć może to zrobić jej rodzina (albo opieka społeczna, jeśli rodziny brak).
*posprzątanie mikrowysypiska w okolicy (choć mogą to zrobić służby miejskie). 
*zgaszenie światła po wyjściu z publicznego lokalu (choć nikt mnie z tego nie rozlicza).
*wyrzucenie śmieci do właściwego pojemnika: papier do papieru, metal do metalu.

Dla porządku, jak już jesteśmy przy korzyściach:
*uśmiech na twarzy i wdzięczność (a może ja będę kiedyś na jej miejscu?)
*czysta planeta i estetyczny widok
*a przede wszystkim  n a s z e  samozadowolenie.

I tak dalej.
Szczerze polecam czasem zrobić coś bez-interesownie. 






piątek, 19 czerwca 2015

Przewijak wymaga zgody Senatu!

Matka książkomaniaczka ze względów sentymentalnych i innych od lat należy do niejakiej Jagiellonki (klik). Przewaga tego przybytku polega na tym, że w swoich zasobach ma wszystko (lub prawie wszystko), łącznie w różnorakimi egzotycznymi pozycjami, w których Matka gustuje.

Kiedy więc płaczliwy jękliwy J. skończył dwa miesiące, udała się Matka na nowo do przybytku czytelniczego. Musicie wiedzieć, jak cieszyła się na tę wizytę. Musicie wiedzieć, że regulamin nie przewiduje innego niż osobisty odbioru książek.

O ile jednak przybytek jest bez wątpienia przyjazny dla wszelkiej maści bezdzietnych studentek, doktorantek, docentek i profesorek, dla matki okazał się mniej gościnny.

A poszło o wizytę w toalecie. O ile do wypożyczalni, zlokalizowanej na półpiętrze dotrzeć można na platformie dla osób niepełnosprawnych, wizyta w toalecie na pozomie -1 jest wyczynem karkołomnym.

Jest tam niby platforma dla wózkowiczów, jednak ochrona twierdzi, że nie wózków dziecięcych. Schody są krzywe, co powoduje, że zjazd w formule "schodek po schodku" nie jest skuteczny, bo w połowie schodów lądujemy na ścianie, z wózkiem zawieszonym w powietrzu. Być może bardziej doświadczeni rodzice poradziliby sobie lepiej - matka jednak skutecznie utknęła w połowie schodów, a na pomoc nie rzucił ani żaden hipsterski student ze słuchawkami w uszach, ani ochroniarz, z którym matka chwilę wczesniej odbyła rozmowę na temat możliwości jazdy w dół. 

Pani ochroniarka doradziła tymczasem, żeby dziecko zostawić u niej (ale jak zostawić płacząco-jęczące? nie wspominając, że obcemu zostawiać nie należy - choć w tej konkretnej sytuacji matka by zaryzykowała, może ze względu na pełny pęcherz), co spotkało się ze sprzeciwem, a sprzeciwz kolei z kolejną poradą "a może Pani weźmie ze sobą". Wziąć mogę - czemu nie, ale co pocznę z trójmiesięczniakiem w toalecie? Przecież do umywalki nie odłożę.

Inna możliwa opcja to podjechanie na II piętro, ale żeby to uczynić (nie zapominajmy, że dziecko płacze) należy złożyć klamoty, upchane na dole wózka w specjalnej szafeczce na parterze, pobrawszy uprzednio kluczyk. To taki patent na rzecz bezpieczeństwa, modny od czasu, kiedy pewien człowiek w krakowskiej bibliotece wyniósł pod pachą, jakby nigdy nic wiekopomne dzieło Kopernika (tak, tak!). Nie trzeba dodawać, że przepadło, jak kamień w wodę.

No dobra, powiecie - może matka egoistka, zamiast peregrynować po bibliotekach powinna siedzieć na tyłku, czyli w domu?To egzotyczna fanaberia oczekiwać, że wjedzie wózkiem do biblioteki, a tym bardziej do toalety w bibliotece.

Ano nie. A czemu o tym teraz właśnie piszę?

Bo przeczytałam ostatnio, że BUW (Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego) otworzyła Buwialnię, czyli wydzieloną strefę, z której korzystać mogą osoby z dziećmi. Jest tu kązcik zabaw, przewijak, miejsce do karmienia, a Buwialnia otwarta jest także w niedzielę.
Kolejne przyjazne (oprócz Ikei) miejsce na mapie miasta.
Zobaczcie, jak cudnie się prezentuje! (klik)


Post Scriptum


Matka "poskarżyła" się dyrekcji (no bo pewnie nie mają świadomości, jak jest), a asystentka dyrektorska odpisała, żeby jednak wybierać toaletę na II piętrze.

A na wniosek o wprowadzenie przewijaka odpisała tak: "Regulamin BJ jest zatwierdzony przez Senat UJ i wprowadzenie choćby najdrobniejszych zmian wymaga długich procedur".

Jednym słowem: przewijak i inne innowacyjne bajery wprowadza Senat.

List kończył się optymistycznym akcentem: "W nadziei na zakończenie zupełnie zbytecznych kłopotów". Kropla balsamu na skołataną duszę wózkowej.



 
 

piątek, 5 czerwca 2015

:::nie zakochuj się w przelatującym wróblu:::

Zaczęło się zaintrygowaniem, kiedy kilka lat temu w Trójce wysłuchałam audycji z udziałem Tomasza Mazura. Idąc za ciosem, wygrzebałam "Fiasko. Poradnik nieudanej egzystencji" tegóż autora. 

A potem hop w stare koleiny. Narodziny J., codzienna bieżączka, opaczone trudności/zmagania: czas konsumowany na odciąganie pokarmu, płaczący ciągle nie-wiadomo-dlaczego malutki J., jazda zatłoczonymi wysokopodłogowymi tramwajami (często z przekleństwem na ustach), gwałtowne porywanie się z motyką na słońce ("pójdę sobie gdzieśtam z J. żeby po staremu "pouczestniczyć w życiu". I jazda w jedną stronę, a potem zawracanie spod drzwi, bo maleństwu, co zrozumiałe - nie jest w smak).

Drobne działania, mające przywracać naruszoną po znaczącej zmianie osobistą równowagę.  
I krok niby dalej - działania, które miały zmienić otaczającą rzeczywistość (choć w środku dalej chaos i labilna równowaga).

A pomiędzy: ból, zmęczenie, poczucie bycia sprowadzoną do funkcjonowania głównie w jednej roli, jeśli na poziomie fizjologicznym, to pomiędzy trzema praniami dziennie.

Kilka miesięcy temu natknęłam się w "Magazynie Świątecznym" na tekst Marcina Fabjańskiego (klik). Skończyło się na wizycie w bibliotece (w której mają na szczęście wszystko albo prawie wszystko) i wypożyczeniu po kolei całego dorobku.

Stoicyzm uliczny.

Co proponuje współczesny stoik* Fabjański, skrótowo rzecz ujmując? (*stoik to skrót myślowy, bo w swojej książce i poglądach Fabjański synkretycznie łączy różne nurty filozoficzne i psychologiczne, na czele z buddyzmem - zresztą kilka lat spędził w Azjii, praktykując medytację w tamtejszych klasztorach).

Ano, zamiast opierania się na swojej perspektywie, na subiektywnych postrzeżeniach, na swoistym egotyzmie, który powoduje, że sami stawiamy się w centrum wszechświata, Fabjański zachęca do podjęcia wysiłku  d o s t r o j e n i a  s i ę  do procesu życia. Sformułowanie "proces życia" oznacza tyle, że toczy się on niezależnie od naszych osobniczych uprzedzeń, projekcji, wszechwładnych emocji i popędów, wyobrażeń, odwołujących się do naszej osobistej historii.


Jak się to robi?

Przez  nieustająco zdyscyplinowane, ś w i a d o m e  ż y c i e, czyli praktykowanie umysłowych ćwiczeń (więcej o praktyce w pierwszej książce (klik), które mają nas nauczyć odróżniania zdarzeń, od nas niezależnych od tych, na które mamy wpływ.

Plusy.

Plus podejścia stoickiego jest taki, że się nie ocenia w kategoriach: prawidłowy-odchylony, w normie-patologiczny. Na dzień dobry nie diagnozuje się psychologicznie, nie tworzy analiz, sięgających swych źródłem do zamierzchłej przeszłości (bo w czym i komu miałaby pomóc świadomość bycia w gronie nieurotyków?). Pociągające i zachęcające jest to, że wysiłek świadomego życia może podjąć każdy, niezależnie od "kompetencji", a zacząć można w każdym momencie.


I korzyści?

Podstawowa i najważniejsza to stan wewnętrznej harmonii, który się osiąga  n i e z a l e ż n i e  od wszystkiego, co zewnętrzne. Radość, która nie jest zależna od wszystkiego, co przynosi życie (w "Stoicyzmie ulicznym" autor podaje przykład ćwiczeń stoickich, które pomagają radzić sobie z sytuacjami ekstremalnymi, jak śmierć bliskiej osoby).
Odklejenie się od zdarzeń ma bardzo wymierne skutki. Nie cierpimy wtedy, bo, jak przekonują nas stoicy, cierpienie powodują nie same zdarzenia, ale sposób, w jaki my sami je interpretujemy ("Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi" - powiada Marek Aureliusz).


Cudowna recepta?

Pewnie nie dla każdego. Ktoś zapyta, gdzie tu novum, skoro stoików znamy od 333 roku p. n. e. (niech podniesie rękę, kto uważał w szkole).

Ktoś inny z przekąsem powie, że Marcin Fabjański robi niezły użytek  z odkurzenia starożytnych Greków, prowadząc w XXI w. Warszawie warsztaty dla wypalonych zawodowo pracowników korporacji (do wyboru są wyjazdowe sesje do Grecji, gdzie można studiować Epikteta ni mniej ni więcej, tylko pod Atenami).

Ja jednak kupuję podręcznik uważnego życia. Dosłownie i w przenośni.
Być może ja tż nie uważałam w szkole. A może na owe czasy to nie była moja droga. 
Marcin Fabjański otworzył jednak pewne drzwi, które pozostawały.

A ostatni z plusów jest taki, że można praktykować samemu, bez kosztów. Z Markiem A. wypożyczonym za darmo z osiedlowej biblioteki.


Marcin Fabjański "Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu". 

wtorek, 12 maja 2015

:::matka wraca na rynek:::

Odkąd J. stuknęło 10 miesięcy, próbuję powrócić na rynek. Tak, tak - prosto nie jest - dziury w CV i niespójne, zbyt różnorodne doświadczenia robią swoje. Przestrzeni na naukę u nas nie ma - mówi mi przez telefon miły pan z pewnego en-dżi-osa (panu rekomenduje mnie koleżanka), w odpowiedzi na zapewnienie, że się nauczę (tak, mam wprawdzie doświadczenie, ale w prowadzeniu projektu, finansowanego z innych środków).

Ale nie o tym miałam mówić. 
Na co drugiej rozmowie padają pytania o organizację opieki nad dzieckiem.

Casus 1 
Kulturalna i dobrze ubrana pani w wieku mojej mamy, właścicielka centrum medycznego mówi mi wprost, że u nich nie opcji, żeby "nie przyjść do pracy", jak to ujmuje. Oznacza to, że nie bierze się *umownej "opieki" na dziecko - trzeba  z a w s z e  b y ć, zwartym i gotowym. 
*Umownej, bo praca jest oczywiście na umowę - zlecenie.
Zachodzę w głowę, jak pani godziła pracę z wychowaniem bliźniaków w siermiężnych czasach, kiedy chowano i mnie (rozmowa znów schodzi na dzieci).

Potakująco zapewniam, że mam  ś w i e t n i e  zorganizowaną opiekę - samorządowy żłobek oraz pełnoetatową babcię w razie potrzeby. A moje dziecko rzadko choruje, a jakże!

Casus 2
Koleżanka wspomina, że po piętnastu latach pracy dostała wypowiedzenie. Powód oficjalny: restrukturyzacja firmy, powód podany przez szefową między słowami: niedostateczna dyspozycyjność (koleżanka streszcza pracę w sześciu godzinach zamiast ośmiu plus bierze ustawową, ekstragodzinę wolnego ze względu na karmienie (która należy jej się, jak psu buda, choć dziecko nie jest oseskiem).

Casus 3
Idę na kolejną rozmowę. Rozmowa jest długa i wyczerpująca, ale sensowna, bo przez serię zadań-do-wykonania sprawdzają kolejno moje kompetencje. Oceniane jest działanie, a nie gadanie (albo gadanie o działaniach, a nie zachwalanie walorów) - to ciągle rzadkość. 
Cieszę się, że mogę spróbować się wykazać.

Na pytanie o zarobki podaję minimalną kwotę za godzinę, którą bierze przeciętna niania (tyle, że ona raczej "na czarno", ja wzięłabym na umowę zlecenie, więc realnie moje brutto kosztuje więcej). Rekrutujący (facet) nie omieszkuje wtrącić, że wartością dodaną jest możliwość powrotu na rynek pracy

Po fakcie dowiaduję się, że zostałam oceniona wysoko - ocieram się o szansę (i wartość dodaną), ale  ostatecznie z niej nie korzystam. Popołudniowe godziny pracy (co ja zrobię z dzieckiem, kiedy będę sama, a żłobek działa do 17.00...) i perspektywa przestojów w "zatrudnieniu" robią swoje.

Szukam dalej. Policzyłam, że przy pomyślnych wiatrach zarobię 1/3 tego, co mój partner i ojciec dziecka (jasne, że na innym stanowisku, co nie zmienia faktu, że on się rozwija, a ja liczę na "wartość dodaną", bez której moja "kariera" zawodowa stanie w miejscu, a nasza wydajność ekonomiczna rozjedzie się jeszcze bardziej).

Nie chcę  z n ó w  rozwijać starego wątku. Rozumiem punkt widzenia przedsiębiorców, którzy próbują działać w naszych trudnych realiach. Maksymalnie tnąc koszty, bo bez tego prawie każda mała działalność by padła.

Ale rozumiem też punkt widzenia kobiety, dla której wartość dodana i tzw. kariera zawodowa ma mniejsze znaczenie. Za 9 zł w pewnym sensie nie opłaca się wychodzić z domu, jeśli na szali z drugiej strony stoi mały człowiek, wymagający opieki, której zapewnienie przez inną osobę słono kosztuje.

Post scriptum
Wczoraj rozmawiałam z niebawem-matką, która opowiadała o swoim szefie, właścicielu agencji reklamowej. Słuchałyśmy wszystkie z otwartymi ustami (czy to dzieje się na prawdę?) Pan sam ma czwórkę dzieci, wspiera w ojcostwie/macierzyństwie swoich rozmnażających się licznie pracowników, hobbystycznie podllicza sobie, ile przybyło członków w "rodzinie". Dziecko? Żaden problem. Możesz pracować zdalnie, dokończyć pracę w domu, wyjść wcześniej. 

W pewnym sensie jedziemy na jednym rodzicielskim wózku, który opiera się na wzajemnym zaufaniu i wsparciu (pracodawca  r o z u m i e  moją sytuację, idzie mi na rękę, więc i ja odpłacę mu tym samym, nie zawalając pracy, nawet jeśli dziecko chore, a partner do pomocy daleko). Jasne, nie zawsze się da. Oczywiście istnieją zajęcia zawodowe, których w domu się nie zrobi. Napawa jednak optymizmem fakt, że  j a k o ś  się można dogadać, zrozumieć, systemowo pójść na rękę. Ostatecznie i tak realizujemy wspólnie społecznie użyteczny cel, jakim jest dodatni przyrost naturalny. Inna sprawa, na ile państwo w tym (nie) partycypuje (ale to już temat na inny wpis).

A na deser, znalezione post factum. Oczywiście Sztuczne Fiołki (klik)



piątek, 17 kwietnia 2015

:::laurka:::

Stuknął. Dwudziesty pierwszy miesiąc, odkąd jesteśmy razem. 
Dziś sobie wyobraziłam, jak będzie wyglądał dzień, kiedy pójdziesz swoją drogą, całkowicie oddzielony, autonomiczny, żyjący na własny rachunek.
Niby daleko, a zleci, jak z bicza strzelił.

Wspaniale gadasz po swojemu, 
Uparciuch z ciebie i łobuz (rojber, mawia babcia - łyknęliśmy ochoczo to słowo).
W. słusznie twierdzi, że już można z tobą udanie negocjować (sprawdza się w sprawach syropków i inhalacji).

Byle spacer to wyzwanie - ścigamy się, byle cię uprzedzić, zanim wygrzebiesz spod ławki pety, kapsle po piwie, przeżute i wyplute gumy, mrówki (tak, mrówki to ostatnia fascynacja ślęczysz przez długie minuty śledząc ich wędrówki).

N i e w y o b r a ż a l n e synku, że był czas, kiedy cię nie było.

I wiesz, co? 
Nie, nie wiesz. Bo ja sama do niedawna nie wiedziałam. 
Odkryłam, że odkąd jesteś  w s z y s t k o  się zmieniło. 
We mnie, ale też wokół. Patrzę na świat innymi oczami.
Zwłaszcza  w s z y s t k o  było zaskakujące.

A przede wszystkim zaskoczyło mnie, że od kontemplacji wolę działanie.
Więc odkąd jesteś - działam.



czwartek, 9 kwietnia 2015

:::miotanko:::

Byle siąść na chwilę na 4ech literach, zanurzyć się w cudzego posta na cudzym blogu. 
Nie, nie kochana - pranie czeka. Kupa prania. Zdjąć-złożyć-schować, zdjąć-złożyć-schować i tak n razy do znudzenia. Byle do przodu i szybciej, jak automat (W. znalazł na YT japońską standaryzowaną metodę składania tiszertów. Składa się ekspresowo).
Nie, jednak szybkie pobieżne czytanko, ślizg gałek ocznych po tekście, szybkie liźnięcie i omiecenie wzrokiem. Chapnąć coś z nienacka, zanurzyć się totalnie choć na chwilę, oderwać w stanie pełnej świadomości (prawie, bo w tle płonie zawsze czerwona lampka).

W drugim pokoju coś się przesypuje miarowo, pardon - jest przesypywane. Zgaduję po dźwięku - zwierzątka magnetyczne lądują w pudełku i tak x razy. Trzyminutowa koncentracja na jednej czynności, czyli długotrwałe dziecięce bycie w skupieniu.
Nie, pranie nie - tekścik czeka. Popchnąć go o kilka centymetrów, spojrzeć świeżym-nieświeżym okiem, dopieścić, a może choć wytropić rażące błędy. Nadrobić zaległości (marzenie ściętej głowy), nie wymawiać się znów jak uczniak. Że sprzątanie, bo święta, a w chacie brud po pachy, a potem cudzy, ale przytulony na chwilę kot zachorował, nagle wziął i umarł, więc kamień leżał na duszy przez dwa kolejne dni. Se la vi, wszystko przecież płynie.

A może ogłoszeniowa prasówka (internetówka?) zamiast nadrabiania, risercz ogłoszeń, przewalanie znów tego samego, tych do znudzenia opatrzonych/wypaczonych java specjalistów, programistów SQL, asystentek do spraw windykacji, przedzieranie się przez internety w poszukiwaniu czegoś-dla-siebie.

Albo znów - kupa zabawek, chowanych do pudła znów x-razy dziennie. A miesza się z B i z C, wszystkie kategorie w jednym worku, kto by miał cierpliwość oddzielać plewy od ziaren, popiół od ziarenek soczewicy. Byle doprowadzić dzień do końca. Gary poza zlewem, odpowiedź na mejle odesłana w międzyczasie, ciszy dziennej nie było, bo spanie Księciuniowi gdzieś umknęło.

Sterta książek nietkniętych. Przedmioty pożądania. Kazimierz vel Kuzmir, Jiddu i inni. Jeszcze sobie poczekają cierpliwie w kolejce.

Gdzieś daleko szumi świat. 
Jemen. Znów jakaś straszna sieczka, katastrofa humanitarna.
Patrzę na niebieskiego nosorożca w dłoni. Jak daleko jest ten świat, a jak blisko miotanko -  ten kawałek codzienności, co nie ma żadnego znaczenia.