Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lutego 2016

[31].

Pierwszy raz od dawna nie nie wiem, jak zacząć.

Wypadałoby chyba tak: minął rok od chwili, kiedy wygospodarowałam sobie swój wirtualny kawałek podłogi. Moje cztery klepki parkietu koło łóżeczka, w którym śpi mój synek (a ja słyszę jego miarowy oddech). Skrawek niebieskiego, a częściej burego nieba. Przestrzeni dla siebie i o sobie. Zanim stuknęła rocznica, wykonałam ćwiczenie, odpowiadając sobie na pytanie, po co tu jestem.

Ale zacznę tak:


Blogowanie nie jest dla mnie


W sumie wcale nie musiałabym nic pisać. Można pozostać na poziomie podglądania. 
Przez ten rok przejrzałam, przeczytałam, przewinęłam dużo (może za dużo) stron blogów parentingowych. W większość miejsc nie wróciłam już, wracam intencjonalnie i świadomie do kilku (pozwolicie, że nie będę wywoływać po imieniu).

Po roku wiem, że zdecydowanie wolę przestrzeń kameralną, poczytne blogi nie są dla mnie (ciągle intryguje mnie to zjawisko - czemu jedne są poczytne, a inne nie, jedne przykuwają uwagę, inne nie). 
Jestem introwertyczką, ale lubię interakcje, lubię wchodzenie w relacje (1:1), bo zawsze ciekawi mnie osoba, która stoi po drugiej stronie. 

Dlaczego ciągle tu jestem?


*dla inspiracji. 
Bo ciągle uparcie wierzę, że w zalewie (dosłownie) wszystkiego można znaleźć inspirację. Coś świeżego/innego, co ściąga nas z utartego szlaku.    

Trochę jest tak, że ci, których czytamy, nie czytają nas. Jak ze szczeniackim zauroczeniem - ten, do którego wzdychałam nie zwrócił nigdy uwagi na brzydkie kaczątko.
Ale to nic. Inspiracja z definicji przebiega jednokierunkowo, bez wzajemności. Ci, co inspirują innych, mogą nawet nie wiedzieć, że byli inspiracją (a gdyby wiedzieli - co by to zmieniło?). 

  
**dla siebie.
Naprawdę lubię ten swój kawałek szaroburego nieba. 
Myśli są tylko myślami. Gdybym nie ubierała ich w słowa, zostałyby na zawsze w czeluściach wewnętrznych (koło się zamyka, wracamy do punktu 1 - inspiracji).

***dla syna. Ale to dopiero kiedyś. Pogrzebie, znajdzie, wyłoni się obraz inny niż znany, puzzelek do kompletu. Klik, klik. A może wcale tak nie zrobiłby, ale możliwość jest ("bo księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie").


Last, but not least 1.


Od dawna już czuję przesyt. Superzgrabnie opisała go Matka Debiutująca (klik). Odsyłam do jej trafnego podsumowania - pożyczam jej słowa, mogę włożyć je w swoje usta, bo tak właśnie bym powiedziała.

Za dużo, za szybko, za powtarzalnie. Mam apetyt na slow life, nieśpieszne przeżuwanie życia, koncentrowanie się na detalach, tym bardziej, że na co dzień biegnę jak maratonka (a nie mam już 20 lat dwudziestoletnich sił witalnych). Raczej wpadam do kogoś na dłużej, zatrzymuję się, przysiadam na ganku, każę sobie polewać kawy i częstować świeżo upieczonym ciastem.


Last, but not least 2.

Zmierzając do końca i puenty rocznicowego wpisu - dziękuję tym, którzy tu wdepnęli/regularnie wdepują i tym, których (co prawda wirtualnie, ale zawsze!) miałam okazję poznać. 

Wasze zdrowie, drogie Panie (bo Panów nie widzę na sali). Wzniosę toast krymskim winem (obrazek poniżej), jak tylko wyleczę szalejącą w N. grypę.



piątek, 17 kwietnia 2015

:::laurka:::

Stuknął. Dwudziesty pierwszy miesiąc, odkąd jesteśmy razem. 
Dziś sobie wyobraziłam, jak będzie wyglądał dzień, kiedy pójdziesz swoją drogą, całkowicie oddzielony, autonomiczny, żyjący na własny rachunek.
Niby daleko, a zleci, jak z bicza strzelił.

Wspaniale gadasz po swojemu, 
Uparciuch z ciebie i łobuz (rojber, mawia babcia - łyknęliśmy ochoczo to słowo).
W. słusznie twierdzi, że już można z tobą udanie negocjować (sprawdza się w sprawach syropków i inhalacji).

Byle spacer to wyzwanie - ścigamy się, byle cię uprzedzić, zanim wygrzebiesz spod ławki pety, kapsle po piwie, przeżute i wyplute gumy, mrówki (tak, mrówki to ostatnia fascynacja ślęczysz przez długie minuty śledząc ich wędrówki).

N i e w y o b r a ż a l n e synku, że był czas, kiedy cię nie było.

I wiesz, co? 
Nie, nie wiesz. Bo ja sama do niedawna nie wiedziałam. 
Odkryłam, że odkąd jesteś  w s z y s t k o  się zmieniło. 
We mnie, ale też wokół. Patrzę na świat innymi oczami.
Zwłaszcza  w s z y s t k o  było zaskakujące.

A przede wszystkim zaskoczyło mnie, że od kontemplacji wolę działanie.
Więc odkąd jesteś - działam.



poniedziałek, 30 marca 2015

:::zyskałam wiele. straciłam mało:::

18 lipca 2013 r.

Dobrze pamiętam ten lipcowy wieczór. 

Po pierwszym tygodniu z gorączką i obrzmiałymi piersiami, powłócząc nogami wlekłam się do szpitala. Na dodatek wszystko kiepsko się goiło. 

W trawach przy torach koncertowały świerszcze. Zadarłam głowę - pełnia. Pełnia księżyca, pełnia lata.
Rok wcześniej piłam wino gdzieś w Barlettcie. Piękna Barletto. I jakże odległa.

Później całe lato przepłynęło mi między palcami. Jakby nigdy go nie było, choć urodziłam w połowie. Jakby nie było dla mnie. Karmienie-tulenie-lulanie i tak cały dzień. 12 kilometrów szybkim krokiem tuliły płacz miarowym kołysaniem wózka. 

Uparłam się, że po pierwszym miesiącu wyjedziemy za miasto. Bo w mieście gorąco i powietrze niedobre.
J. płakał, wlekliśmy się kolejnymi pociągami klasy osobowej. Jeszcze siedem długich kilometrów od stacji do agroturystyki. Znów gorączka. Noga za nogą, postoje na przydrożnej parceli na karmienie małego.
Gorączka nie przechodziła. Wymarzona agroturystyka z zielonym widokiem okazała się położona obok ruchliwej drogi wojewódzkiej. Nieopodal domu całą noc szumiały TIRy.

Na drugi dzień parno i pochmurno. Dwa kilometry spaceru, a jakby dwadzieścia. Odpoczynek na boisku. Karmienie, płacz, karmienie, powrót. Pokoik mały, na pół obrotu. Pada - wyjść się nie da, bo trzeba iść główną drogą bez chodnika.

Zrozumiałam wtedy, że odtąd już wszystko będzie inaczej. Niby wiedziałam, że to nas czeka (temat wałkowany przez ciotki-dobra-rada), ale wtedy poczułam namacalnie, c o  t o  z n a c z y.

Nie lepiej, nie gorzej, ale inaczej. Na początku trudniej. Nasz synek  był wymagający - nie dało się go zapakować do wózka czy chusty i gnać w świat. Płakał często, czasem długo i rozpaczliwie i często nie wiedzieliśmy, dlaczego. Zdarzało się, że zapraszaliśmy znajomych, a ci wychodzili chyłkiem po godzinie, bo J. płakał i nie dało się go ukoić żadnymi sposobami. Poczucie bezradności towarzyszyło nam nierzadko. 

21 miesięcy później.

Patrzę wstecz i codziennie myślę, że jestem kimś innym niż  p r z e d  d z i e c k i e m.
Tak, właśnie - kimś lepszym.

A rachunek wygląda tak:

Plusy:

- schudłam 30 kilo (w ciąży przybyło mi 28!). I mimo, że moje ciało bardzo się zmieniło, jest mi z nim dobrze
- zostałam aktywną obywatelką. Napisałam kilka wniosków projektowych, poznałam mnóstwo fajnych ludzi. Dało się dzięki temu/mimo tego, że często "siedziałam" z dzieckiem w domu.
- okazało się, że mam więcej energii do działania niż kiedykolwiek wcześniej, mimo chronicznego niedospania, zmęczenia i skurczonego czasu.
- zabrałam się znów za szycie. Synek jest inspiracją.
- byłam w kilkunastu miejsach, czasem odległych (od Tatr do Bałtyku - dosłownie). Niby nic w porównaniu z wcześniejszą globtroterką, ale dla mnie to superwyczyn. Bo głównie pociągiem, autobusem z przesiadkami, z rzadka samochodem i z jęczącym często pasażerem.
- na osiem miesięcy zmieniłam o 180 stopni sposób jedzenia. Przeczytałam x książek w temacie, dowiedziałam się x rzeczy, zanurzyłam się w świat, o którym nie miałam pojęcia. Nauczyłam się wytrwałości, której brakowało mi wcześniej.
- byłam x razy w kinie, dwa razy w teatrze, na x spotkaniach i dyskusjach. Czasem z dzieckiem. Czasem bez. Czasem przychodziłam i musiałam odwrócić się na pięcie, ale tego już nie pamiętam.

Minusy:

Nie napiszę, co  s t r a c i ł a m. Było tego tak mało i jest, jak widać - nieistotne, skoro nawet dobrze nie pamiętam. A może sobie kiedyś przypomnę (kiedy zaczną mi doskwierać?). Obiecuję wtedy osobny post w temacie.