Odwiedziłam dziś panel Małopolskiego Kongresu Kobiet (klik). To już mała, osobista tradycja - i w sumie bardzo się cieszę, że od trzech lat, dzięki wsparciu partnera (tak, bo bez tego by się nie dało, choć przede mną siedziała dzielna mama z miesięczniakiem), wpadam na jedno czy dwa, mniej lub bardziej inspirujące spotkania.
Czy ciąża odmóżdżdża?
Tak - prowokacyjnie brzmiał tytuł panelu, organizowanwego przez Obywatela Mamę (klik).
Tematem, poddanym pod dyskusję były stereotypy, z jakim muszą mierzyć się mamy-naukowczynie i mamy-artystki. Rzeczywistość trochę inna od mojej (bo w końcu to znacznie bardziej wolne zawody niż mój i może kilka aktywności można uprawiać z przysłowiowym "dzieckiem przy nodze", bez potrzeby/konieczności siedzenia w biurze "od-do"), ale problemy, trudności, wyzwania - podobne, po macierzyńsku uniwersalne: realia radzenia sobie z macierzyństwem bez pracy etatowej i możliwości pracowania pełną parą, przytyki ze strony mężyczyzn (bo środowisko zmaskulizowane) i koleżanek ("nie wymawiaj się dzieckiem").
Myśl 1.
Wsparcie jak bumerang
I znów myśl, powracająca jak bumerang, do znudzenia, że najważniejsze jest w s p a r c i e bliskich. Mężów, partnerów, rodziców, całej armii dobrych ludzi. Na koniec pojawił się wątek o tym, czy istnieją jakieś rozwiązania systemowe (nawet lokalne, na poziomie uczelni), które pomagają godzić pracę z opieką nad dzieckiem. Najbliższe pozytywne przykłady pochodziły z okolicznych podwórek zachodnioeuropejskich (programy stypendialne, obejmujące wyjazd z rodziną). Tu i ówdzie raczkują pomysły wdrażania żłobków przyuczelnianych (szacowna lokalna Uczelnia posiada takowy - klik).
Jedna z panelistek opowiedziała, jak była na rozmowie o pracę z malutkim dzieckiem w chuście (a dziecko na dodatek podczas rozmowy ssało pierś). Pracę dostała.
I takie scenariusze są możliwe, jaskółki mikrozmiany.
Myśl 2.
Zła matka
Wszystkie jesteśmy złymi matkami. Tak mówi do nas zakorzeniony głęboko patriarchalny ogląd rzeczywistości. Jesteśmy złymi matkami, a głos ten przychodzi z zewnątrz, od społeczeństwa. To często nie jest n a s z głos, choć tak nam się wydaje.
Mamy poczucie winy, bo robimy coś swojego, dbamy o rozwój, znikamy, wyjeżdżamy, wychodzimy, separujemy się, zamykamy pokój na klucz, żeby popracować. W tle czai się poczucie winy, wyrzut sumienia, że coś w naszym życiu dzieje się k o s z t e m (małego ciągle) dziecka.
Myśl 3.
Tęsknota
Może to nie poczucie winy, może to zwykła tęsknota? Że nie towarzyszę swojemu dziecku cały czas, a pragnę tego. Jestem gdzie indziej, przez długie godziny. A ono rośnie, zmienia się z minuty na minutę. Pal licho, jeśli poświęcam się pasjonującej, rozwijającej pracy. Często jednak jestem gdzie indziej, bo muszę. Albo wydaje mi się, że muszę. Mam wybór, ale ograniczony - prozą życia, zobowiązaniami finansowymi, niedoczasem.
Jestem tu i teraz. Często na dwa fronty, skazana na ciągłą woltyżerkę (trafne słowa jednej z panelistek). Jednym słowem: rozdarta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wsparcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wsparcie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 lutego 2016
środa, 20 stycznia 2016
Laurka2. Wzrusz.
Co byśmy bez nich zrobili, Bezcennych?
Są darmowym przedszkolem, żłobkiem, wszystkimi niańkami tego świata razem wziętymi.
Doba wypełniona po brzegi, bo praca, psy i koty, dom i w końcu najważniejsze: wnuki. Czasem żyjący ciągle starzy rodzice, wymagający opieki. Często na dwa, trzy fronty.
Społeczeństwo im wszystko zawdzięcza, państwo na nich stoi i nie chwieje się w posadach.
Ich praca, niejednokrotnie wykonywana z niekłamaną przyjemnością/radością bułką z masłem nie jest. Choćby fizycznie, bo wiek ma swoje prawa i ograniczenia.
Ta praca nie jest odpłatna ani ozusowana, do PKB się nie wlicza. Statystyki o niej milczą.
Znam wiele osób, dla których fakt codziennej nieodpłatnej pracy babć dziadków jest czymś zupełnie naturalnym. Dla mnie nie jest.
Jakby nie mieli prawa do swojego życia. Życia pełną gębą, w pełnym wymiarze i na pełnych obrotach. Kręcenia się głównie wokół własnych, a nie cudzych spraw. Po długim życiu, wypełnionym pracą/dziećmi/obowiązkami, kiedy przychodzi w końcu czas na odpoczynek, nieśpieszne smakowanie rzeczy, na których smakowanie nie było czasu i przestrzeni. Bo miało przede wszystkim starczać dla innych.
Wcale nie na na krzywe chodniki. Ani na dziurawą drogę i brak pobocza. Ani na brak klubu seniora i szewca w okolicy.
Narzekali na brak żłobków i przedszkoli!
Bo dziadkowie i babcie są swoimi wnukami. I dziećmi (chociaż te mają po 40 lat). Są ich potrzebami.
Babcie-westalki, babcie-hestie. Jak anioły - przylatują na każde skinienie.
Miał być sowiecki plakat propagandowy, ale jest tak:
Są darmowym przedszkolem, żłobkiem, wszystkimi niańkami tego świata razem wziętymi.
Doba wypełniona po brzegi, bo praca, psy i koty, dom i w końcu najważniejsze: wnuki. Czasem żyjący ciągle starzy rodzice, wymagający opieki. Często na dwa, trzy fronty.
Społeczeństwo im wszystko zawdzięcza, państwo na nich stoi i nie chwieje się w posadach.
Ich praca, niejednokrotnie wykonywana z niekłamaną przyjemnością/radością bułką z masłem nie jest. Choćby fizycznie, bo wiek ma swoje prawa i ograniczenia.
Ta praca nie jest odpłatna ani ozusowana, do PKB się nie wlicza. Statystyki o niej milczą.
Znam wiele osób, dla których fakt codziennej nieodpłatnej pracy babć dziadków jest czymś zupełnie naturalnym. Dla mnie nie jest.
Jakby nie mieli prawa do swojego życia. Życia pełną gębą, w pełnym wymiarze i na pełnych obrotach. Kręcenia się głównie wokół własnych, a nie cudzych spraw. Po długim życiu, wypełnionym pracą/dziećmi/obowiązkami, kiedy przychodzi w końcu czas na odpoczynek, nieśpieszne smakowanie rzeczy, na których smakowanie nie było czasu i przestrzeni. Bo miało przede wszystkim starczać dla innych.
*
Jakiś czas temu jako ankieterka-rozmówczyni brałam udział w senioralnym audycie przestrzeni. Konia z rzędem temu, kto zgadnie, na co utyskiwali seniorzy płci obojga?Wcale nie na na krzywe chodniki. Ani na dziurawą drogę i brak pobocza. Ani na brak klubu seniora i szewca w okolicy.
Narzekali na brak żłobków i przedszkoli!
Bo dziadkowie i babcie są swoimi wnukami. I dziećmi (chociaż te mają po 40 lat). Są ich potrzebami.
Babcie-westalki, babcie-hestie. Jak anioły - przylatują na każde skinienie.
Miał być sowiecki plakat propagandowy, ale jest tak:
piątek, 1 stycznia 2016
Life balance nie istnieje*
Z dzieckiem się nie da.
"Zobaczysz, przyjemne życie się skończyło".Faktycznie, mówiły tak mądre głowy. Pamiętam ostrzeżenie pewnej Młodej Matki, zasłyszane u cioci na imieninach, kiedy byłam już w zaawansowanej ciąży. Nie była w kinie od dwóch lat, nie spotyka się ze znajomymi, podróż na drugi koniec miasta tramwajem jest wyzwaniem nie-do-pokonania.
Czasem jednak faktycznie się nie da. Bo za późno, bo nie ma jak wrócić, bo dziecko chore. Ile rady zawracałam sprzed jakichś drzwi, za którymi odbywał się pobudzający inetelektualnie event, o którym marzyłam od tygodni.
Z dzieckiem wszystko się da.
Prawda, ale częściowa.Da się, ale wiele zależy od granic tolerancji i luzu, jaki sobie fundujemy.
Moja siostra ciąga wszędzie swoje dzieci (inna rzecz, że za bardzo nie ma wyboru, skoro babcie i ciocie są daleko). Na całą wioskę składają się za to liczni znajomi, którzy często służą pomocą, a nawet biorą latorośl na noc (kiedy druga z mamą ląduje w szpitalu, a tata jest akurat służbowo za górami i lasami).
My często podróżujemy, zazwyczaj bez samochodu (bo go nie mamy). Ostatnia sekwencja wakacyjna to autobus-tramwaj-autobus-samolot-autobus-pociąg-samochód, około osiem godzin ciurkiem z plecakiem i walizką, ja plus syn. Przyznaję, prosto nie było, pod koniec dnia czułam się, jakbym wagon węgla przewaliła.
Prawdziwe wsparcie istnieje.
Tylko trzeba po nie wyciągnąć rękę. Nie wszyscy posiedli dar czytania w cudzych myślach. Nie domyślają się, jak mogliby pomóc albo nie mają czasu, żeby się rozejrzeć wokół. Ja też czasem nie mam - w standardowy dzień kursuję na trasie praca-dom, a czas skarłowaciały do granic niemożliwości oddaję w całości synowi.A czasami pomoc przychodzi z nieoczekiwanej strony - na wołanie w fejsbukowej puszczy odpowiadają znani, ale nie bardzo blisko znajomi.
To nieprawda, że macierzyństwo jest nudne.
Można czasem spojrzeć tak, ale można inaczej - każdy medal ma dwie strony. Na początku faktycznie bywa monotonnie (kupki, papki, swoista rutyna, czas odmierzany karmieniem, spaniem, wypróżnianiem się - właśnie ta rutyna męczyła mnie najbardziej, choć i tak nie mierzyłam interwałów z aptekarską precyzją).Faktem jest, choć zaskakującym, że z czasem dziecko staje się bardziej samodzielne i przychodzi magiczny moment, kiedy już tak bardzo nas nie potrzebuje. To raczej my go potrzebujemy, po miesiącach bycia razem non-stop nie wyobrażamy sobie samotnego wieczoru z książką i lampką wina w dłoni.
Macierzyństwo jak tatuaż.
Gdziekolwiek będziesz, dziecko będzie z tobą. W twojej głowie. Bo bycie matką to druga skóra, która przyrasta do pierwszej. Pijąc wino w wieczór bez syna mam przed oczyma głównie....syna. Widzę go przez kartki książki, jak się zaśmiewa do rozpuku, pluska w wannie, kładzie spać do babcinego łóżka.Life-balance nie istnieje. Nie znam większego wyzwania niż godzenie opieki nad dzieckiem z pełnoetatową godzinowo pracą.
Każdego dnia myślę sobie pantha rei, codziennie jest o milimetr łatwiej.
Ten wpis, który ciągle jest szkicem dedykuję mojemu partnerowi.
* A inspirację znalazłam tu:
wtorek, 23 czerwca 2015
:::zapomniane słowa: BEZinteresowność:::
"Zapomniane słowa". Jest taka świetna książka wydawnictwa "Czarne", pod redakcją Magdaleny Budzińskiej, która cały koncept wymyśliła i wyreżyserowała.
Mądre głowy świata kultury i nauki prezentują w niej swoje ulubione, znikające słowa. Znikające, czyli odchodzące do lamusa, jak odchodzą w zapomnienie pojęcia, do których słowa te się odnoszą. Z różnych względów. Jeśli ktoś jest ich ciekaw - niech sięgnie po książkę.
Na końcu znajduje się pusta strona, na której wpisać można swoje zapomniane słowo.
Moje zapomniane słowo brzmi: bez-interesowność.
Zagubiła się gdzieś bezinteresowność.
Pytałam dzieciaki z gimnazjum, z którymi zbieraliśmy jedzenie dla Banku Żywności, czemu/po co to robią. Powiedziały mi, że mają wyższą ocenę ze sprawowania. Żadne nie zająknęło się, że może ktoś nieznany (a potrzebujący) zyskuje dzięki ich zaangażowaniu i pracy.
Pytałam lokalny portal, czy wrzucą informację o działaniach klubu społecznego. Wrzucą, ale w dalszej perspektywie chcieliby c o ś w zamian. Zgaduję, że coś bardziej wymiernego niż słoik truskawkowego dżemu hand-made i uśmiechu, bo tyle na razie może lokalny klub, który działa na rzecz społeczności lokalnej, bazując na energii własnej.
Cenimy swój czas i kompetencje, dbamy przede wszystkim o swoje własne poletko. Rozumie się - najważniejsza jest n a s z a rodzina, n a s i bliscy, n a s i przyjaciele.
Często słyszę, że ktoś czegoś nie robi albo o czymś nie myśli, "bo nie ma czasu, bo ma rodzinę/dziecko".
Żeby była jasność - nie postuluję, żeby rozdawać swoje zasoby za darmo na lewo i prawo. Chodzi mi jedynie o prostą rzecz, która znacząco, choć niewymiernie poprawia jakość relacji społecznych. Ta prosta rzecz to działanie dla innych bez widoku na bezpośrednią i wymierną korzyść.
Nic nie kosztuje (albo kosztuje niewiele):
*zaniesienie zakupów nieznajomej staruszce - choć może to zrobić jej rodzina (albo opieka społeczna, jeśli rodziny brak).
*posprzątanie mikrowysypiska w okolicy (choć mogą to zrobić służby miejskie).
*zgaszenie światła po wyjściu z publicznego lokalu (choć nikt mnie z tego nie rozlicza).
*wyrzucenie śmieci do właściwego pojemnika: papier do papieru, metal do metalu.
Dla porządku, jak już jesteśmy przy korzyściach:
*uśmiech na twarzy i wdzięczność (a może ja będę kiedyś na jej miejscu?)
*czysta planeta i estetyczny widok
*a przede wszystkim n a s z e samozadowolenie.
I tak dalej.
Szczerze polecam czasem zrobić coś bez-interesownie.
Mądre głowy świata kultury i nauki prezentują w niej swoje ulubione, znikające słowa. Znikające, czyli odchodzące do lamusa, jak odchodzą w zapomnienie pojęcia, do których słowa te się odnoszą. Z różnych względów. Jeśli ktoś jest ich ciekaw - niech sięgnie po książkę.
Na końcu znajduje się pusta strona, na której wpisać można swoje zapomniane słowo.
Moje zapomniane słowo brzmi: bez-interesowność.
Zagubiła się gdzieś bezinteresowność.
Pytałam dzieciaki z gimnazjum, z którymi zbieraliśmy jedzenie dla Banku Żywności, czemu/po co to robią. Powiedziały mi, że mają wyższą ocenę ze sprawowania. Żadne nie zająknęło się, że może ktoś nieznany (a potrzebujący) zyskuje dzięki ich zaangażowaniu i pracy.
Pytałam lokalny portal, czy wrzucą informację o działaniach klubu społecznego. Wrzucą, ale w dalszej perspektywie chcieliby c o ś w zamian. Zgaduję, że coś bardziej wymiernego niż słoik truskawkowego dżemu hand-made i uśmiechu, bo tyle na razie może lokalny klub, który działa na rzecz społeczności lokalnej, bazując na energii własnej.
Cenimy swój czas i kompetencje, dbamy przede wszystkim o swoje własne poletko. Rozumie się - najważniejsza jest n a s z a rodzina, n a s i bliscy, n a s i przyjaciele.
Często słyszę, że ktoś czegoś nie robi albo o czymś nie myśli, "bo nie ma czasu, bo ma rodzinę/dziecko".
Żeby była jasność - nie postuluję, żeby rozdawać swoje zasoby za darmo na lewo i prawo. Chodzi mi jedynie o prostą rzecz, która znacząco, choć niewymiernie poprawia jakość relacji społecznych. Ta prosta rzecz to działanie dla innych bez widoku na bezpośrednią i wymierną korzyść.
Nic nie kosztuje (albo kosztuje niewiele):
*zaniesienie zakupów nieznajomej staruszce - choć może to zrobić jej rodzina (albo opieka społeczna, jeśli rodziny brak).
*posprzątanie mikrowysypiska w okolicy (choć mogą to zrobić służby miejskie).
*zgaszenie światła po wyjściu z publicznego lokalu (choć nikt mnie z tego nie rozlicza).
*wyrzucenie śmieci do właściwego pojemnika: papier do papieru, metal do metalu.
Dla porządku, jak już jesteśmy przy korzyściach:
*uśmiech na twarzy i wdzięczność (a może ja będę kiedyś na jej miejscu?)
*czysta planeta i estetyczny widok
*a przede wszystkim n a s z e samozadowolenie.
I tak dalej.
Szczerze polecam czasem zrobić coś bez-interesownie.
piątek, 5 czerwca 2015
:::nie zakochuj się w przelatującym wróblu:::
Zaczęło się zaintrygowaniem, kiedy kilka lat temu w Trójce wysłuchałam audycji z udziałem Tomasza Mazura. Idąc za ciosem, wygrzebałam "Fiasko. Poradnik nieudanej egzystencji" tegóż autora.
A potem hop w stare koleiny. Narodziny J., codzienna bieżączka, opaczone trudności/zmagania: czas konsumowany na odciąganie pokarmu, płaczący ciągle nie-wiadomo-dlaczego malutki J., jazda zatłoczonymi wysokopodłogowymi tramwajami (często z przekleństwem na ustach), gwałtowne porywanie się z motyką na słońce ("pójdę sobie gdzieśtam z J. żeby po staremu "pouczestniczyć w życiu". I jazda w jedną stronę, a potem zawracanie spod drzwi, bo maleństwu, co zrozumiałe - nie jest w smak).
Drobne działania, mające przywracać naruszoną po znaczącej zmianie osobistą równowagę.
I krok niby dalej - działania, które miały zmienić otaczającą rzeczywistość (choć w środku dalej chaos i labilna równowaga).
A pomiędzy: ból, zmęczenie, poczucie bycia sprowadzoną do funkcjonowania głównie w jednej roli, jeśli na poziomie fizjologicznym, to pomiędzy trzema praniami dziennie.
Kilka miesięcy temu natknęłam się w "Magazynie Świątecznym" na tekst Marcina Fabjańskiego (klik). Skończyło się na wizycie w bibliotece (w której mają na szczęście wszystko albo prawie wszystko) i wypożyczeniu po kolei całego dorobku.
Ano, zamiast opierania się na swojej perspektywie, na subiektywnych postrzeżeniach, na swoistym egotyzmie, który powoduje, że sami stawiamy się w centrum wszechświata, Fabjański zachęca do podjęcia wysiłku d o s t r o j e n i a s i ę do procesu życia. Sformułowanie "proces życia" oznacza tyle, że toczy się on niezależnie od naszych osobniczych uprzedzeń, projekcji, wszechwładnych emocji i popędów, wyobrażeń, odwołujących się do naszej osobistej historii.
Przez nieustająco zdyscyplinowane, ś w i a d o m e ż y c i e, czyli praktykowanie umysłowych ćwiczeń (więcej o praktyce w pierwszej książce (klik), które mają nas nauczyć odróżniania zdarzeń, od nas niezależnych od tych, na które mamy wpływ.
Odklejenie się od zdarzeń ma bardzo wymierne skutki. Nie cierpimy wtedy, bo, jak przekonują nas stoicy, cierpienie powodują nie same zdarzenia, ale sposób, w jaki my sami je interpretujemy ("Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi" - powiada Marek Aureliusz).
Ktoś inny z przekąsem powie, że Marcin Fabjański robi niezły użytek z odkurzenia starożytnych Greków, prowadząc w XXI w. Warszawie warsztaty dla wypalonych zawodowo pracowników korporacji (do wyboru są wyjazdowe sesje do Grecji, gdzie można studiować Epikteta ni mniej ni więcej, tylko pod Atenami).
Ja jednak kupuję podręcznik uważnego życia. Dosłownie i w przenośni.
Być może ja tż nie uważałam w szkole. A może na owe czasy to nie była moja droga.
Marcin Fabjański otworzył jednak pewne drzwi, które pozostawały.
A ostatni z plusów jest taki, że można praktykować samemu, bez kosztów. Z Markiem A. wypożyczonym za darmo z osiedlowej biblioteki.
Marcin Fabjański "Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu".
A potem hop w stare koleiny. Narodziny J., codzienna bieżączka, opaczone trudności/zmagania: czas konsumowany na odciąganie pokarmu, płaczący ciągle nie-wiadomo-dlaczego malutki J., jazda zatłoczonymi wysokopodłogowymi tramwajami (często z przekleństwem na ustach), gwałtowne porywanie się z motyką na słońce ("pójdę sobie gdzieśtam z J. żeby po staremu "pouczestniczyć w życiu". I jazda w jedną stronę, a potem zawracanie spod drzwi, bo maleństwu, co zrozumiałe - nie jest w smak).
Drobne działania, mające przywracać naruszoną po znaczącej zmianie osobistą równowagę.
I krok niby dalej - działania, które miały zmienić otaczającą rzeczywistość (choć w środku dalej chaos i labilna równowaga).
A pomiędzy: ból, zmęczenie, poczucie bycia sprowadzoną do funkcjonowania głównie w jednej roli, jeśli na poziomie fizjologicznym, to pomiędzy trzema praniami dziennie.
Kilka miesięcy temu natknęłam się w "Magazynie Świątecznym" na tekst Marcina Fabjańskiego (klik). Skończyło się na wizycie w bibliotece (w której mają na szczęście wszystko albo prawie wszystko) i wypożyczeniu po kolei całego dorobku.
Stoicyzm uliczny.
Co proponuje współczesny stoik* Fabjański, skrótowo rzecz ujmując? (*stoik to skrót myślowy, bo w swojej książce i poglądach Fabjański synkretycznie łączy różne nurty filozoficzne i psychologiczne, na czele z buddyzmem - zresztą kilka lat spędził w Azjii, praktykując medytację w tamtejszych klasztorach).Ano, zamiast opierania się na swojej perspektywie, na subiektywnych postrzeżeniach, na swoistym egotyzmie, który powoduje, że sami stawiamy się w centrum wszechświata, Fabjański zachęca do podjęcia wysiłku d o s t r o j e n i a s i ę do procesu życia. Sformułowanie "proces życia" oznacza tyle, że toczy się on niezależnie od naszych osobniczych uprzedzeń, projekcji, wszechwładnych emocji i popędów, wyobrażeń, odwołujących się do naszej osobistej historii.
Jak się to robi?
Przez nieustająco zdyscyplinowane, ś w i a d o m e ż y c i e, czyli praktykowanie umysłowych ćwiczeń (więcej o praktyce w pierwszej książce (klik), które mają nas nauczyć odróżniania zdarzeń, od nas niezależnych od tych, na które mamy wpływ.Plusy.
Plus podejścia stoickiego jest taki, że się nie ocenia w kategoriach: prawidłowy-odchylony, w normie-patologiczny. Na dzień dobry nie diagnozuje się psychologicznie, nie tworzy analiz, sięgających swych źródłem do zamierzchłej przeszłości (bo w czym i komu miałaby pomóc świadomość bycia w gronie nieurotyków?). Pociągające i zachęcające jest to, że wysiłek świadomego życia może podjąć każdy, niezależnie od "kompetencji", a zacząć można w każdym momencie.I korzyści?
Podstawowa i najważniejsza to stan wewnętrznej harmonii, który się osiąga n i e z a l e ż n i e od wszystkiego, co zewnętrzne. Radość, która nie jest zależna od wszystkiego, co przynosi życie (w "Stoicyzmie ulicznym" autor podaje przykład ćwiczeń stoickich, które pomagają radzić sobie z sytuacjami ekstremalnymi, jak śmierć bliskiej osoby).Odklejenie się od zdarzeń ma bardzo wymierne skutki. Nie cierpimy wtedy, bo, jak przekonują nas stoicy, cierpienie powodują nie same zdarzenia, ale sposób, w jaki my sami je interpretujemy ("Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi" - powiada Marek Aureliusz).
Cudowna recepta?
Pewnie nie dla każdego. Ktoś zapyta, gdzie tu novum, skoro stoików znamy od 333 roku p. n. e. (niech podniesie rękę, kto uważał w szkole).Ktoś inny z przekąsem powie, że Marcin Fabjański robi niezły użytek z odkurzenia starożytnych Greków, prowadząc w XXI w. Warszawie warsztaty dla wypalonych zawodowo pracowników korporacji (do wyboru są wyjazdowe sesje do Grecji, gdzie można studiować Epikteta ni mniej ni więcej, tylko pod Atenami).
Ja jednak kupuję podręcznik uważnego życia. Dosłownie i w przenośni.
Być może ja tż nie uważałam w szkole. A może na owe czasy to nie była moja droga.
Marcin Fabjański otworzył jednak pewne drzwi, które pozostawały.
A ostatni z plusów jest taki, że można praktykować samemu, bez kosztów. Z Markiem A. wypożyczonym za darmo z osiedlowej biblioteki.
środa, 27 maja 2015
:::cieszymy się, że możemy pomóc*:::
Ostatnio często oglądam z synem "Strażników Miasta" ("Heroes of the city"). Szczerze mówiąc nie jestem fanką amerykańskiej kultury ogólnie (choć są wyjątki) i specyficznej retoryki, którą mogłabym streścić jako prosto-dowcipnie-dosadnie. Lubię prostotę, nawet prostolinijność, ale innego gatunku (klik). Trochę bardziej wyrafinowaną, poetycką, a najlepiej prostotę, pod którą kryje się "coś" więcej. Jakieś nieczytelne z pozoru, ukryte na pierwszy rzut oka odwołania, nitki, które wiodą w inne, dalekie światy i tak dalej. Fani "Sztuczek" Jakimowskiego będą wiedzieli, o co chodzi.
Ale "Strażnicy Miasta" przekonali mnie czymś ważnym, czego ostatnio brakuje n i e s t e t y na wielu okolicznych polach i poletkach.
Nie chodzi bynajmniej o to, że bohaterowie filmu działają w "słusznej" sprawie, co jest leitmotivem wielu opowieści dla młodszych i starszych dzieci.
Bohaterowie znają się, lubią, a przede wszystkim działają na rzecz swojej społeczności, mikroświata, w którym żyją. Współpracują i pomagają sobie w razie potrzeby.
Nawet jeśli popełniają błędy i mają swoje małe słabości (Harry) czy ekstrawagancje (Rufus), nie wyklucza ich to ze społeczności i nie przydaje kłopotliwej łatki ("ten czarny, a tamten biały").
Moje dziecko nie ma jeszcze dwóch lat. Oprócz mamy, z którą spędza dużo czasu, chodzi do żłobka, w którym jest jednym z dwadzieściorga dziewięciorga dzieci, a zarazem j u ż stało się członkiem małej społeczności. Kolejne kroki przed nim - w każdym razie z momentem pójścia do żłobka znalazło się w świecie s p o ł e c z n y m, w którym jest n i e przebywa wyłącznie samo (jeśli nie liczyczyć mamy).
Od 2009 r. obowiązuje podstawa programowa przedszkoli, która opisuje, jakie kompetencje społeczne powinien posiąść przedszkolak.
Pytanie, na ile my sami (rodzice) kształtujemy postawy p r o s p o ł e c z n e i obywatelskie naszych dzieci.
A na ile kształtuje (albo ma kształtować) je przedszkole, a potem szkoła (w których to dziecko, jak wiadomo spędza lwią część dnia).
Jestem świeżo po lekturze zeszłotygodniowej "Polityki"(klik), w której Ewa Wilk pisze tak:
Czym skorupka za młodu nasiąknie.
* cytat pochodzi ze "Strażników".
Ale "Strażnicy Miasta" przekonali mnie czymś ważnym, czego ostatnio brakuje n i e s t e t y na wielu okolicznych polach i poletkach.
Nie chodzi bynajmniej o to, że bohaterowie filmu działają w "słusznej" sprawie, co jest leitmotivem wielu opowieści dla młodszych i starszych dzieci.
Bohaterowie znają się, lubią, a przede wszystkim działają na rzecz swojej społeczności, mikroświata, w którym żyją. Współpracują i pomagają sobie w razie potrzeby.
Nawet jeśli popełniają błędy i mają swoje małe słabości (Harry) czy ekstrawagancje (Rufus), nie wyklucza ich to ze społeczności i nie przydaje kłopotliwej łatki ("ten czarny, a tamten biały").
Moje dziecko nie ma jeszcze dwóch lat. Oprócz mamy, z którą spędza dużo czasu, chodzi do żłobka, w którym jest jednym z dwadzieściorga dziewięciorga dzieci, a zarazem j u ż stało się członkiem małej społeczności. Kolejne kroki przed nim - w każdym razie z momentem pójścia do żłobka znalazło się w świecie s p o ł e c z n y m, w którym jest n i e przebywa wyłącznie samo (jeśli nie liczyczyć mamy).
Od 2009 r. obowiązuje podstawa programowa przedszkoli, która opisuje, jakie kompetencje społeczne powinien posiąść przedszkolak.
Pytanie, na ile my sami (rodzice) kształtujemy postawy p r o s p o ł e c z n e i obywatelskie naszych dzieci.
A na ile kształtuje (albo ma kształtować) je przedszkole, a potem szkoła (w których to dziecko, jak wiadomo spędza lwią część dnia).
Jestem świeżo po lekturze zeszłotygodniowej "Polityki"(klik), w której Ewa Wilk pisze tak:
W Polsce mamy dziś do czynienia z licznymi wirusami, które sprawiają, że potencjalne kompetencje mutują w swoje karykaturalne przeciwieństwa. Zaczyna się od dzieci. Cóż po światłych ustawowych zapisach o umiejętności współpracy w zespole, jeśli cały system edukacyjny został podporządkowany prawu testu i dyktatowi rankingu? I to osobliwej odmianie tej wyścigowej kultury, bo przecież nie chodzi w niej o to, by wykazać się wiedzą na określonym poziomie, ale by inni okazali się gorsi.
Gorąco polecam ten tekst ku refleksji. W dużej mierze zgadzam się z postawioną diagnozą, choć w sytuacjach, w których stawia mnie życie, mam okazję obserwować częściej rzeczywistość dorosłych.
Do szkoły, jako rodzic ucznia in spe mam na razie daleko (i chyba tej perspektywy jeszcze nie ogarniam), poza tym szkoła szkołą, a człowiek przede wszystkim kształtuje się w domu.
Ciężka praca zatem przed nami, milordzie.
Ktoś może zapytać, co ma do tego amerykańska bajka? Ano bezpośrednio nic. Jest lustrem, które odbija postawy albo medium, które może promować dobre praktyki. Jest punktem wyjścia do refleksji, że razem można więcej. Że wspólne, a nie osobne (lub tym bardziej) działanie przynosi większą korzyść. Zanim nadejdzie czas, kiedy będziemy wdrażać działanie w życie, dobrze jest świadomie stykać się z przekazem, który świadomie wybierzemy i który - przynajmniej dla nas ma sens.
My wierzymy, że wspólne działanie ma sens. Dochodzenie do konsensusu, wspieranie się, możliwość wzajemnego liczenia na siebie. Chcemy się uodpornić (i uodpornić naszego syna) na wirus egoizmu, egotyzmu, skrajnego indywidualizmu.
Czym skorupka za młodu nasiąknie.
* cytat pochodzi ze "Strażników".
sobota, 21 lutego 2015
Czasem koń nie jest koniem, choć na takiego wygląda
Poznajcie K.
K. to moja serdeczna koleżanka z podstawówki.
Różni nas wiele, łączą wspomnienia. Niegdysiejsza wspólnota losów. Plus i przede wszystkim: dzieci w tym samym wieku.
Czasem spotykamy się na zielonej trawce.
Czasem K. ratuje mi skórę, biorąc Jerza na chwilę (czyt. kilka godzin w wielkomiejskich realiach). Bywa miło, a na pewno użytecznie. Na tym polega oddawanie sobie przyjacielskich przysług. Wymiana barterowa. Raz jej dziecko u mnie, potem moje u niej, zwłaszcza, że z dwójką w podobnym wieku jest jak z jednym.
Korzystam rzadko - kiedy nóż mam na gardle albo miecz Damoklesa nad głową, trzeba iść do lekarza, a nikogo "z rodziny" wokół.
Nie nadużywam, bo nie umiem. Proszenie staje mi ością w gardle.
K. od porodu ma potężne problemy w kręgosłupem. Właściwie stoi przed decyzją o operacji neurochirurgicznej. Bywają dni, że nie ma siły zwlec się z łóżka. Nie ma siły wziąć na ręce swojej córki. Żeby stanąć na nogi trzeba jej konkretnego rozruchu w postaci długiego spaceru. Zabawa z dzieckiem w niewygodnej pozycji czyni więcej szkody, niż pożytku.
Dzień w dzień to samo. Spacer-rozruch nie zawsze udaje się zrealizować. Taki mamy klimat - wiadomo.
Pierś odstawiona, bo silne leki przeciwbólowe. Działają, ale trzeba je regularnie brać.
Niemąż K. wpada po dniu roboty i "na nic nie ma siły". Najlepiej, jakby służące buty zzuły, powachlowały jaśnie pana.
Małej spada na ziemię zabawka i zgadnijcie: kto ją podnosi?
Spacer z dzieckiem? Tylko od wielkiego dzwonu. Lepiej odpocząć, czytaj: posiedzieć na kanapie. Z dzieckiem się pobawić, komunikując się równocześnie ze światem palcem wskazującym. Klik klik. Dwa w jednym. W pełni wielozadaniowo - zmęczenie nie jest już przeszkodą.
Zasypianie? Przewijanie? Kupa? Od tego jest matka. W końcu z a z w y c z a j matka ma wielomiesięczne, zatem bezcenne doświadczenie. Dzięki niemu z tym i owym sprawniej sobie radzi.
Ale zaraz, zaraz - zapytacie. Gdzie jest w tym wszystkim matka? Matka nie ma głosu?
Nie każda kobieta ma szczęście, czyli współpracującego partnera - można podsumować.
A można inaczej. To jest tylko j e d n a z w i e l u p e r s p e k t y w.
Nie każda kobieta wymaga. Nie każda kobieta uznaje, że m a p r a w o wymagać.
Nie każda czuje się skrzywdzona, chociaż często pada na pysk. Albo jęczy z bólu. W przeności i dosłownie - jak K.
Niektóre tkwią po uszy w modelu tradycyjnym, a na dodatek czują się w nim jak ryby w wodzie.
A jaki jest morał?
Banalnie prosty: ile kobiet, tyle potrzeb i narracji. Jak nie wierzycie, przeczytajcie koniecznie dyskusję pod postem na blogu Hafiji (klik).
Banalnie prosty: ile kobiet, tyle potrzeb i narracji. Jak nie wierzycie, przeczytajcie koniecznie dyskusję pod postem na blogu Hafiji (klik).
środa, 4 lutego 2015
Wsparcie*
Wiadomo, że wsparcie jest kluczowe. Tym bardziej w życiu młodego (stażem) rodzica.
Do kluczowych elemenów zalicza się t o w a r z y s z e n i e przed i po Momencie Wielkiej Zmiany. I nie chodzi tu o wiedzę, którą można nabyć na licznych stronach www pseudo lub serio parentingowych, wyczytać w poradnikach i mądrych książkach, których zastrzęsienie dostępne jest w księgarniach.
Powszechnie dostępna wiedza się profesjonalizuje, tyle że często z tego niewiele wynika. Z lektury kilku grup wsparcia odnoszę wrażenie, że wielu rodziców poczuwa się do posiadania monopolu na Jedynie Słuszną Prawdę, doradzania wszem i wobec, tyle że zgodnie ze swoimi potrzebami. To naturalne - przede wszystkim działamy zgodnie ze swoimi wartościami, ale pokusa oceniania wyborów innych często okazuje się zbyt duża.
Czasem namiastka wsparcia przysługuje w pakiecie, jak etatowa doradczyni laktacyjna w szpitalu, czy połozna środowiskowa. Tam, gdzie rodziłam, z obecności etatowej doradczyni nic nie wynikało. Szpital niby chwalił się na zajęciach w szkole rodzenia, że jest pro, eko, bio, ale w praktyce doradczyni laktacyjna działała na papierze, nie wchodząc w bliskie interakcje z pacjentkami. Przynajmniej ja na oczy jej nie widziałam, a położne dodatkowo przekonywały, że z takimi brodawkami karmić nie będę.
Można oczywiście skorzystać ze wsparcia komercyjnego: położnej, doradczyni laktacyjnej (150 PLN), douli. Nie twierdzę, że to źle - upierać się będę, że to świetnie, że taka możliwość w ogóle istnieje. Nie każdy jednak może z niej skorzystać.
W dawnych czasach w środowisku każdej z nas roiło się od matek, babek, ciotek i innych krewnych, które w naturalny sposób przekazywały mądrość, pochodzącą z doświadczenia (a nie wyuczoną) i które autentycznie, fizycznie, życiowo, codziennie wspierały. Lulały dziecko, żeby matka mogła odpocząć, wyręczały ją w codziennych obowiązkach, żeby mogła zregenerować siły w połogu. Do dziś taka zasada działa w tradycyjnych społecznościach i jest nieocenioną pomocą.
Osobiście nie dysponuję rozbudowaną siecią wsparcia. Babcia nr 1 jest aktywną seniorką (podróżuje po świecie i ma swoje pasje - chwała jej za to), Babcia nr 2 pracuje, a na dodatek oddalona jest o 600 km. Koleżanki - często młodsze i często bezdzietne, jeśli dzietne to dla odmiany daleko albo zajęte swoimi sprawami.
Czasem wsparcie przychodzi nieoczekiwanie z niespodziewanej strony, od przypadkowej osoby. Od koleżanki, któej nie widziało się sto lat, bo niby mieszka nieopodal, z którą niby nie ma się wiele wspólnego (poza dziećmi). Od przypadkowej znajomej, raz widzianej na oczy. Od sąsiadki, przelotem spotkanej na schodach.
Bo w końcu tak niewiele trzeba. Trochę empatii i czasem powstrzymania się od niepotrzebnego słowa. Czasem małego gestu. Tyle.
*Zainspirowała mnie Agnieszka Stein (klik).
Do kluczowych elemenów zalicza się t o w a r z y s z e n i e przed i po Momencie Wielkiej Zmiany. I nie chodzi tu o wiedzę, którą można nabyć na licznych stronach www pseudo lub serio parentingowych, wyczytać w poradnikach i mądrych książkach, których zastrzęsienie dostępne jest w księgarniach.
Powszechnie dostępna wiedza się profesjonalizuje, tyle że często z tego niewiele wynika. Z lektury kilku grup wsparcia odnoszę wrażenie, że wielu rodziców poczuwa się do posiadania monopolu na Jedynie Słuszną Prawdę, doradzania wszem i wobec, tyle że zgodnie ze swoimi potrzebami. To naturalne - przede wszystkim działamy zgodnie ze swoimi wartościami, ale pokusa oceniania wyborów innych często okazuje się zbyt duża.
Czasem namiastka wsparcia przysługuje w pakiecie, jak etatowa doradczyni laktacyjna w szpitalu, czy połozna środowiskowa. Tam, gdzie rodziłam, z obecności etatowej doradczyni nic nie wynikało. Szpital niby chwalił się na zajęciach w szkole rodzenia, że jest pro, eko, bio, ale w praktyce doradczyni laktacyjna działała na papierze, nie wchodząc w bliskie interakcje z pacjentkami. Przynajmniej ja na oczy jej nie widziałam, a położne dodatkowo przekonywały, że z takimi brodawkami karmić nie będę.
Można oczywiście skorzystać ze wsparcia komercyjnego: położnej, doradczyni laktacyjnej (150 PLN), douli. Nie twierdzę, że to źle - upierać się będę, że to świetnie, że taka możliwość w ogóle istnieje. Nie każdy jednak może z niej skorzystać.
W dawnych czasach w środowisku każdej z nas roiło się od matek, babek, ciotek i innych krewnych, które w naturalny sposób przekazywały mądrość, pochodzącą z doświadczenia (a nie wyuczoną) i które autentycznie, fizycznie, życiowo, codziennie wspierały. Lulały dziecko, żeby matka mogła odpocząć, wyręczały ją w codziennych obowiązkach, żeby mogła zregenerować siły w połogu. Do dziś taka zasada działa w tradycyjnych społecznościach i jest nieocenioną pomocą.
Osobiście nie dysponuję rozbudowaną siecią wsparcia. Babcia nr 1 jest aktywną seniorką (podróżuje po świecie i ma swoje pasje - chwała jej za to), Babcia nr 2 pracuje, a na dodatek oddalona jest o 600 km. Koleżanki - często młodsze i często bezdzietne, jeśli dzietne to dla odmiany daleko albo zajęte swoimi sprawami.
Czasem wsparcie przychodzi nieoczekiwanie z niespodziewanej strony, od przypadkowej osoby. Od koleżanki, któej nie widziało się sto lat, bo niby mieszka nieopodal, z którą niby nie ma się wiele wspólnego (poza dziećmi). Od przypadkowej znajomej, raz widzianej na oczy. Od sąsiadki, przelotem spotkanej na schodach.
Bo w końcu tak niewiele trzeba. Trochę empatii i czasem powstrzymania się od niepotrzebnego słowa. Czasem małego gestu. Tyle.
*Zainspirowała mnie Agnieszka Stein (klik).
niedziela, 1 lutego 2015
Wszystko robię ja. Nie mogę narzekać*
To kobieta zajmuje się dzieckiem, kiedy jest małe.
Jak mąż przychodził w pracy miałam wszystko zrobione.
Tobie też by było miło, gdyby ktoś podał ci obiad, kiedy wracasz do domu.
Tia. Też znacie takie złote myśli? Tu w wykonaniu mojej teściowej.
Tia. Też znacie takie złote myśli? Tu w wykonaniu mojej teściowej.
Nie wracam z pracy, bo jestem w niej ciągle, bo pranie-sprzątanie-nieustające układanie rzeczy-obrabianie bajzlu-szoping-inhalowanie-chodzenie po lekarzach-ogarnianie rzeczywistości i tak dalej to też konkretne zajęcie. Czasem dołącza się praca sensu strikte (czyli taka, co kasę przynosi) lub wisienka na torcie, luksus i ekstrawagancja, czyli wyjście z domu celem autorozwinięcia się i podniesienia rdzewiejących pozamacierzyńskich kompetencji.
Większość kobiet w Polsce, oprócz pracy zawodowej pracuje na drugim etacie - w domu.
Te, co "siedzą" w domu, też pracują.
Te, co "siedzą" w domu, też pracują.
Rzecz w tym, że tej pracy nie traktuje się jak pracy. To, co robi opiekun - a de facto opiekunka - nazywa się na przykład s i e d z e n i e m z d z i e c k i e m w d o m u.To Agnieszka Graff, wystąpienie na Kongresie Kobiet (2010).
Ciekawych wrażeń dostarcza też lektura raportu "Ciemna strona macierzyństwa"(klik).I dalej: Dlaczego mężczyźni traktują tę nieodpłatną pracę jako należną im daninę?
Gdy pytaliśmy o to, co robią ojcowie i w czym są najbardziej pomocni matki odpowiadały, że pomagają praktycznie we wszystkim i że ich rodziny oparte są na modelu partnerskim. Dopiero dalsza rozmowa i kolejne pytania pokazywały, że pierwsze odpowiedzi matek były raczej deklaracjami i w rzeczywistości podział obowiązkó domowych i opiekuńczych nie jest równomiernie rozłożony. To matki wciąż robią więcej.
Przez pierwsze miesiące po porodzie najbardziej dziwiło mnie koronne pytanie o to, czy "mam coś na obiad dla męża".
O co kaman? Dla dziecka mam, jasne jak słońce (a raczej miałabym, bo wtedy dostawało mało skomplikowaną w obsłudze pierś), ale co ma do tego mąż?
O co kaman? Dla dziecka mam, jasne jak słońce (a raczej miałabym, bo wtedy dostawało mało skomplikowaną w obsłudze pierś), ale co ma do tego mąż?
Czy mężczyzna to osesek, którego trzeba niańczyć?
Czy matkę regularnie padniętą na skutek nieprzespanych nocy, trudnej laktacji i wielogodzinnego kołysania przychówku ktoś pyta, czy miała czas zadbać o siebie w podstawowym zakresie? Czy ma co jeść? Czy czasem się wysypia? Czy sporadycznie miewa czas tylko i wyłącznie dla siebie?
A to wszystko tylko i wyłącznie po to, żeby być bardziej wydajnym p r z e d s i ę b i o r s t w e m. Żeby lepiej opiekować się dzieckiem. Bo jasne jest, że się opiekuje z czułością. Choć często zaciska się zęby. I łzy czasem też polecą.
Nie wiem jednak, czy naprawdę czuła się lepiej mając odprasowane poszewki, czy w ł a ś n i e t e g o od niej oczekiwano.
*tytuł podkradnięty z raportu, o którym wyżej (z wypowiedzi jednej z uczestniczek fokusa).
Czy matkę regularnie padniętą na skutek nieprzespanych nocy, trudnej laktacji i wielogodzinnego kołysania przychówku ktoś pyta, czy miała czas zadbać o siebie w podstawowym zakresie? Czy ma co jeść? Czy czasem się wysypia? Czy sporadycznie miewa czas tylko i wyłącznie dla siebie?
A to wszystko tylko i wyłącznie po to, żeby być bardziej wydajnym p r z e d s i ę b i o r s t w e m. Żeby lepiej opiekować się dzieckiem. Bo jasne jest, że się opiekuje z czułością. Choć często zaciska się zęby. I łzy czasem też polecą.
*
Powiedziałam J E J T O. Powiedziałam teściowej, że wolę poczytać sobie gazetę podczas gdy ona wolała mieć O D P R A S O W A N E P O S Z E W K I. Nie wiem jednak, czy naprawdę czuła się lepiej mając odprasowane poszewki, czy w ł a ś n i e t e g o od niej oczekiwano.
*tytuł podkradnięty z raportu, o którym wyżej (z wypowiedzi jednej z uczestniczek fokusa).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


