Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empatia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empatia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2016

:::własny pokój:::

Dziwne, ale jednak prawdziwe, że tak późno odkryłam  t ę  książkę. Napisaną w końcu lat dwudziestych, a jakże aktualną po prawie stu latach. To niby esej o obecności (a raczej braku) kobiet w literaturze, a tak naprawdę apologia feminizmu, którą symbolizuje prawo do dysponowania własną przestrzenią (tytułowym własnym pokojem, którego kobiety przez długie stulecia nie posiadały).

Łączenie pracy z opieką nad dzieckiem, nawet w obecnych czasach (i  t y l k o  nad jednym dzieckiem) proste jest proste. Mówię z perspektywy osoby, która dopiero w chwili, kiedy zrezygnowała z trzydziestu godzin swojej gorączkowej pracy, złapała jako taką równowagę. 

Czytam właśnie biografię Stryjeńskiej, która wyszła spod pióra Angeliki Kuźniak (klik). Odgrażam się, że poświęcę jej (Stryjeńskiej, ale i książce Kuźniak) osobny wpis, bo postać Stryjeńskiej jest tego warta. Wiem to, odkąd kilka lat temu wpadły mi w ręce jej niezykłe. pisane wspaniałym, wyrazistym językiem pamiętniki. Próbuję sobie wyobrazić malarkę, która drze bilety na pociąg, bo nie może się zdecydować, czy jechać malować zlecenie, jakie skapnęło w stolicy, czy zostać z trójką dzieci. Próbuję sobie wyobrazić, jak się miota, bo dziko kocha dzieci i  jak ją ciągnie zarazem do innego życia i pracy, która jest prawdziwą pasją i powołaniem. 

Ciągle widzę i czuję ten konflikt, we mnie on też jest żywy. Godzina pracy (a przecież dla mnie, w odróżnieniu od Stryjeńskiej, praca jest głównie źródłem zarobkowania), przeliczana na godzinę bycia z synem. 

"Gdyby Pani Seton, a przedtem jej matka, a wcześniej matka jej matki, opanowały ważną sztukę pomnażania pieniędzy i gdyby, wzorem naszych ojców, dziadków i pradziadków,  fundowały żeńskie kolegia, a także przeznaczone dla przedstawiecielek swojej płci profesury, katedry, stypendia i nagrody - ja i moja przyjaciółka spożywałybyśmy dzisiejszą kolację w miłym odosobnieniu, delektując się dzikim ptactwem i butelką wina. Mogłybyśmy z umiarkowanym spokojem oczekiwać szacownej i przyjemnej kariery życiowej w którymś z lukratywnych zawodów, wyruszać na odkrywcze wyprawy albo pisać książki, wędrować po świecie w poszukiwaniu pomników przeszłości, siadywać w zadumie na stopniach Partenonu albo udawać się na dziesiątą do biura, po południu wracać bez pośpiechu do domu około wpół do piątej, a wieczorami czasem układać wiersze. No tak, ale kłopot w tym, że gdyby pani Seton i jej siostrzenice zajmowały się od piętnastego roku życia robieniem interesów, Mary nie byłoby dzisiaj na świecie.
(...) Nikt przecież nie jest w stanie dorobić się fortuny, wychowując jednocześnie trzynaścioro dzieci".

Ciągle zatem  piekielne "coś za coś", nieustanne koszty, emocjonalne i inne. Upłynęło sto lat, a niektóre dylematy są  w  p e w n y m   s e n s i e  aktualne (żeby nie generować nieporozumień, chcę to wyraźnie podkreślić). Życie jako za krótki kocyk. Szukanie równowagi. Także tej pomiędzy potrzebami i aspiracjami, oczekiwaniami i możliwościami. 

I jeszcze jeden cytat z Wirginii Woolf:
"Jednakże wartości istotne dla kobiet bynajmniej nie pokrywają się z tymi, którym rangę ważności nadaje płeć przeciwna.  Rzecz, sama w sobie, naturalna. Niemniej jednak, w rzeczywistości panują wartości męskie. Z grubsza mówiąc, sport i futbol uchodzą za rzeczy "ważne", zaś upodobanie do strojów i mód uważane jest za "głupstwo"".

Tak sobie myślę, po tych stu latach, zupełnie na marginesie, że cenimy kobiety-matki za aktywność zawodową, w domyśle umiejętność łączenia pracy z macierzyństwem, a często decyzja o "pozostaniu" w domu jest odbierana pejoratywnie jako "pójście na łatwiznę", wygodnictwo, ucieczkę przed życiem. Także przez nas, kobiety. Tak, mimochodem udziela nam się cudza (pierwotnie męska) perspektywa. Owe  A przecież w założeniu chodziło nam o to (głównie i przede wszystkim), żebyśmy miały możliwość wyboru. Często jednak wyborów innych nie szanujemy. 
Ostatnie zdjęcie V.W.



piątek, 1 stycznia 2016

Life balance nie istnieje*

Z dzieckiem się nie da.

"Zobaczysz, przyjemne życie się skończyło". 
Faktycznie, mówiły tak mądre głowy. Pamiętam ostrzeżenie pewnej Młodej Matki, zasłyszane u cioci na imieninach, kiedy byłam już w zaawansowanej ciąży. Nie była w kinie od dwóch lat, nie spotyka się ze znajomymi, podróż na drugi koniec miasta tramwajem jest wyzwaniem nie-do-pokonania.
Czasem jednak faktycznie się nie da. Bo za późno, bo nie ma jak wrócić, bo dziecko chore. Ile rady zawracałam sprzed jakichś drzwi, za którymi odbywał się pobudzający inetelektualnie event, o którym marzyłam od tygodni.

Z dzieckiem wszystko się da.

Prawda, ale częściowa.
Da się, ale wiele zależy od granic tolerancji i luzu, jaki sobie fundujemy.
Moja siostra ciąga wszędzie swoje dzieci (inna rzecz, że za bardzo nie ma wyboru, skoro babcie i ciocie są daleko). Na całą wioskę składają się za to liczni znajomi, którzy często służą pomocą, a nawet biorą latorośl na noc (kiedy druga z mamą  ląduje w szpitalu, a tata jest akurat służbowo za górami i lasami). 
My często podróżujemy, zazwyczaj bez samochodu (bo go nie mamy). Ostatnia sekwencja wakacyjna to autobus-tramwaj-autobus-samolot-autobus-pociąg-samochód, około osiem godzin ciurkiem z plecakiem i walizką, ja plus syn. Przyznaję, prosto nie było, pod koniec dnia czułam się, jakbym wagon węgla przewaliła.

Prawdziwe wsparcie istnieje.

Tylko trzeba po nie wyciągnąć rękę. Nie wszyscy posiedli dar czytania w cudzych myślach. Nie domyślają się, jak mogliby pomóc albo nie mają czasu, żeby się rozejrzeć wokół. Ja też czasem nie mam - w standardowy dzień kursuję na trasie praca-dom, a czas skarłowaciały do granic niemożliwości oddaję w całości synowi.
A czasami pomoc przychodzi z nieoczekiwanej strony - na wołanie w fejsbukowej puszczy odpowiadają znani, ale nie bardzo blisko znajomi.

To nieprawda, że macierzyństwo jest nudne.

Można czasem spojrzeć tak, ale można inaczej - każdy medal ma dwie strony. Na początku faktycznie bywa monotonnie (kupki, papki, swoista rutyna, czas odmierzany karmieniem, spaniem, wypróżnianiem się - właśnie ta rutyna męczyła mnie najbardziej, choć i tak nie mierzyłam interwałów z aptekarską precyzją). 
Faktem jest, choć zaskakującym, że z czasem dziecko staje się bardziej samodzielne i przychodzi magiczny moment, kiedy już tak bardzo nas nie potrzebuje. To raczej my go potrzebujemy, po miesiącach bycia razem non-stop nie wyobrażamy sobie samotnego wieczoru z książką i lampką wina w dłoni.


Macierzyństwo jak tatuaż. 

Gdziekolwiek będziesz, dziecko będzie z tobą. W twojej głowie. Bo bycie matką to druga skóra, która przyrasta do pierwszej. Pijąc wino w wieczór bez syna mam przed oczyma głównie....syna. Widzę go przez kartki książki, jak się zaśmiewa do rozpuku, pluska w wannie, kładzie spać do babcinego łóżka. 
Life-balance nie istnieje. Nie znam większego wyzwania niż godzenie opieki nad dzieckiem z pełnoetatową godzinowo pracą.
Każdego dnia myślę sobie pantha rei, codziennie jest o milimetr łatwiej.

Ten wpis, który ciągle jest szkicem dedykuję mojemu partnerowi.
* A inspirację znalazłam tu: 






wtorek, 3 marca 2015

Matka matce wilczycą?

Mater matris lupa est.

Jest mi gorzko ostatnio. 

Wydawało mi się przez chwilę,  że jedziemy na jednym wózku. My - matki (albo szerzej: my - rodzice, żeby nie było, że stereotypizuję). Skoro bywa nie raz, a nawet często, że trudności i radości mamy podobne. A zdarza się, że i identyczne.

Jasne jak słońce, że inaczej je przeżywamy i inaczej sobie radzimy, bo inne mamy zasoby. 
Różne cele nam przyświecają i różne wartości nas prowadzą. 

Tylko dlaczego niektóre (niektórzy) stawiają sobie za cel, żeby przekabacić inne (innych)? Czyżby chodziło o tak zwaną misję? 

Misja wydaje się ważna i potrzebna pod warunkiem, że nie działa się zbyt napastliwie. Fajnie i inspirująco, jeśli inni chcą czerpać z naszej wiedzy i doświadczenia. 

Nawracanie na "jedynie słuszną drogę" jest jednak indoktrynacją. A indokrynacja nigdy nie jest właściwa. 

Chcesz karmić dziecko mm - proszę bardzo. Czipsami? Colą? GMO? Czemu nie. Posyłasz je na religię katolicką albo do zboru świadków Jehowy? Proszę bardzo. 
Wolicie spędzać czas, leżąc na sofie przed telewizorem albo przeciwnie - jeżdżąc na hulajnodze? Wolnoć Tomku. W kwestiach zarówno błahych, jak i istotnych.
Dopóki nie dzieje się nikomu ewidentna krzywda, wszystko można.
*
Sytuacja 1. Jakiś czas temu w pewnej grupie o karmieniu piersią zadałam pytanie  j a k odstawić pierś bezboleśnie i łagodnie. Nie chodziło mi o rozwianie watpliwości - zostało to wypowiedziane  w p r o s t.
A co w odpowiedzi? 
W 90%: nie-kończące się pytania ("dlaczego?", "czy naprawdę musisz?") 
W 18%: odwodzenie od pomysłu ("pogadaj z doradczynią"), 
W 2%: "nie pomożemy ci, bo ta grupa wspiera karmienie do naturalnego samoodstawienia się". 
Poza tym popularny wywód o szkodliwości karmienia mm.

Sytuacja 2. Decyduję się na żłobek. Nie jest mi łatwo (o tym tu), ale decyzja zostaje podjęta, a kości rzucone. Idąc tym tropem, w stosownej grupie zadaję pytanie:  j a k  łagodnie przeprowadzić adaptację. I cóż?


Większość odpowiedzi odwołuje się do teorii przywiązania Bowlby'ego. Większość głosów ma odwieść mnie od już podjętej decyzji. A więc znów "pod żadnym pozorem nie posyłaj dziecka do żłobka", "separacja prowadzi do zaburzeń emocjonalno-rozwojowych". I tak dalej.
Mogę się zgodzić z teorią Bowlby'ego (klik), ale nie o  t o  pytałam! 
*
Staram się wsłuchiwać w wielogłos. Nie upieram się przy swoim.  Mam swój łeb na karku, swoją wrażliwość, patrzę przez własne okulary. Pewnie inni przez te same okulary ujrzeliby coś zupełnie innego. 

Jest mi gorzko, że często zbyt pochopnie oceniamy. Zbyt pochopnie, zbyt jednoznacznie, zbyt zasadniczo.
W sumie jest tak, jak w tym spocie reklamowym, co przetoczył się niedawno przez internety (klik)