18 lipca 2013 r.
Dobrze pamiętam ten lipcowy wieczór.
Po pierwszym tygodniu z gorączką i obrzmiałymi piersiami, powłócząc nogami wlekłam się do szpitala. Na dodatek wszystko kiepsko się goiło.
W trawach przy torach koncertowały świerszcze. Zadarłam głowę - pełnia. Pełnia księżyca, pełnia lata.
Rok wcześniej piłam wino gdzieś w Barlettcie. Piękna Barletto. I jakże odległa.
Później całe lato przepłynęło mi między palcami. Jakby nigdy go nie było, choć urodziłam w połowie. Jakby nie było dla mnie. Karmienie-tulenie-lulanie i tak cały dzień. 12 kilometrów szybkim krokiem tuliły płacz miarowym kołysaniem wózka.
Uparłam się, że po pierwszym miesiącu wyjedziemy za miasto. Bo w mieście gorąco i powietrze niedobre.
J. płakał, wlekliśmy się kolejnymi pociągami klasy osobowej. Jeszcze siedem długich kilometrów od stacji do agroturystyki. Znów gorączka. Noga za nogą, postoje na przydrożnej parceli na karmienie małego.
Gorączka nie przechodziła. Wymarzona agroturystyka z zielonym widokiem okazała się położona obok ruchliwej drogi wojewódzkiej. Nieopodal domu całą noc szumiały TIRy.
Na drugi dzień parno i pochmurno. Dwa kilometry spaceru, a jakby dwadzieścia. Odpoczynek na boisku. Karmienie, płacz, karmienie, powrót. Pokoik mały, na pół obrotu. Pada - wyjść się nie da, bo trzeba iść główną drogą bez chodnika.
Zrozumiałam wtedy, że odtąd już wszystko będzie inaczej. Niby wiedziałam, że to nas czeka (temat wałkowany przez ciotki-dobra-rada), ale wtedy poczułam namacalnie, c o t o z n a c z y.
Nie lepiej, nie gorzej, ale inaczej. Na początku trudniej. Nasz synek był wymagający - nie dało się go zapakować do wózka czy chusty i gnać w świat. Płakał często, czasem długo i rozpaczliwie i często nie wiedzieliśmy, dlaczego. Zdarzało się, że zapraszaliśmy znajomych, a ci wychodzili chyłkiem po godzinie, bo J. płakał i nie dało się go ukoić żadnymi sposobami. Poczucie bezradności towarzyszyło nam nierzadko.
21 miesięcy później.
Patrzę wstecz i codziennie myślę, że jestem kimś innym niż p r z e d d z i e c k i e m.
Tak, właśnie - kimś lepszym.
A rachunek wygląda tak:
Plusy:
- schudłam 30 kilo (w ciąży przybyło mi 28!). I mimo, że moje ciało bardzo się zmieniło, jest mi z nim dobrze
- zostałam aktywną obywatelką. Napisałam kilka wniosków projektowych, poznałam mnóstwo fajnych ludzi. Dało się dzięki temu/mimo tego, że często "siedziałam" z dzieckiem w domu.
- okazało się, że mam więcej energii do działania niż kiedykolwiek wcześniej, mimo chronicznego niedospania, zmęczenia i skurczonego czasu.
- zabrałam się znów za szycie. Synek jest inspiracją.
- byłam w kilkunastu miejsach, czasem odległych (od Tatr do Bałtyku - dosłownie). Niby nic w porównaniu z wcześniejszą globtroterką, ale dla mnie to superwyczyn. Bo głównie pociągiem, autobusem z przesiadkami, z rzadka samochodem i z jęczącym często pasażerem.
- na osiem miesięcy zmieniłam o 180 stopni sposób jedzenia. Przeczytałam x książek w temacie, dowiedziałam się x rzeczy, zanurzyłam się w świat, o którym nie miałam pojęcia. Nauczyłam się wytrwałości, której brakowało mi wcześniej.
- byłam x razy w kinie, dwa razy w teatrze, na x spotkaniach i dyskusjach. Czasem z dzieckiem. Czasem bez. Czasem przychodziłam i musiałam odwrócić się na pięcie, ale tego już nie pamiętam.
Minusy:
Nie napiszę, co s t r a c i ł a m. Było tego tak mało i jest, jak widać - nieistotne, skoro nawet dobrze nie pamiętam. A może sobie kiedyś przypomnę (kiedy zaczną mi doskwierać?). Obiecuję wtedy osobny post w temacie.
poniedziałek, 30 marca 2015
czwartek, 19 marca 2015
Matka, BLW i francuski piesek. Rèsumè z perspektywy czasu.
Na naszym podwórku BLW się NIE sprawdza
Teoretycznie BLW jest świetną sprawą - nie wymaga kulinarnych wygibasów i wielogodzinnego stania przy garach. Słusznie zakłada, że wszyscy jak jeden mąż zjadać będą to samo.
Na dzień dobry, matka papieska jak sam papież - wypożyczyła stosowną, wszem i wobec znaną książkę made by Mamania (klik), poguglała tu i tam, zaprzyjaźniając się w szczególe z tablicami żywienia niemowląt (klik), następnie nabyła właściwe warzywa, a chwilę potem wysokiej klasy cielęcinę z tzw. sprawdzonego źródła i co? I jedno wielkie n i c.
Przez pół roku z okładem dziecię nie chciało tknąć niczego, co miałoby postać litego kawałka. Ani mięsa, ani rybki ani tym bardziej żadnego warzywka. Jeśli Księciunio badał organoleptycznie, to z pominięciem węchu i smaku - tak, jakby te zmysły nie istniały w ogóle albo nie były jeszcze zupełnie rozwinięte. Na JuTjubie matka z niejakim zadziwieniem przyglądała się ośmiomiesięcznym oseskom, ogryzającym pazernie jagnięcą kość.
Księciunio przez długi czas eksplorował żywieniową rozmazując ją po blacie stolika i sprawiając nieodparte wrażenie, że nie ma zielonego pojęcia, do czego służyć może kawałek banana, brokuła, czy kukurydziany chrupek.
Od czasu do czasu udawało się matce skutecznie zaproponować (najczęściej chytrym podstępem) kawałek ugotowanej marchewki czy innej zieleniny w formie zmielonej papki.
Księciunio od początku łaskawym okiem patrzył jedynie na kaszę mannę na krowim (a jakże) mleku. Pięknie grillowany bukiet jarzyn, na czele z neutralną w smaku cukinią, ku rozpaczy matki także nie miał wzięcia.
Nie bez znaczenia był fakt karmienia piersią Księciunia przez 16 miesięcy. Wiadomo nie od dziś (i wiele na ten temat zostało powiedziane), że mleko matki długo zaspokaja zapotrzebowanie na kalorie, witaminy, składniki mineralne. W przedziale 1-2 lata pokrywa zpopyt na na energię w jednej trzeciej. Z drugiej strony wiadomo też, że wprowadzanie potraw uzupełniających z a l e c a s i ę już w wieku sześciu miesięcy (klik).
U nas jednak jedzenie rozumiane jako p r ó b o w a n i e n o w e g o ruszyło z kopyta dopiero po całkowitym odstawieniu mleka.
Stan na dziś:
Dziś, w 21-szym miesiącu życia sprawdzają się:
- wszelkiego rodzaju kluchy, najchętniej na bazie sera i ziemniaków (leniwe, kopytka, ruskie wiodą prym)
- jeśli zupy to w postaci kremu, sporadycznie warzywa w kawałkach
- jeśli mięso, to zmielone, wymieszane z ziemniakami puree w proporcji 1:3
- ziemniaki (no tak, ziemniaki są słodkie)
- szpinak (oczywiście zmielony)
- chleb - najczęściej z masłem, ew. ze serem, rozsmarowanym na kanapce, skórka jest bleee
- wszelkie słodkości, których matka w wiadomych względów unika
- makarony w drobnymi kawałkami czegoś (najlepiej sprawdza się wszelkiego typu pesto)
- naleśniki i pancakes'y z mąk różnych
- kasze: jaglana, kukurydziana, manna
- płatki owsiane
- parówki (olaboga, MOM!) i jajka
- soczewica, chętnie z mleczkiem kokosowym
- banany i jabłka - inne owoce nie istnieją, chyba, że zmielone i zmieszane z czymś innym, np. kaszą
- ogólnie nabiał (a mleko zwłaszcza)
- do picia woda, woda, i jeszcze raz woda!
A czego Księciunio programowo nie jada? (mimo podejmowanych nie raz prób)
- warzyw niegotowanych
- warzyw kiszonych (ech, kapuśniak, ech ogórki)
- wędlin wszelkiej maści
Największe zaskoczenia minionego roku?
- jogurt kozi o zapachu kozy, zjedzony ze smakiem
Podsumowując: aktualnie dieta Księciunia wydaje się monotematyczna, z niedoborem warzyw, mięsa, ryb i pewną nadpodażą (w matczynej ocenie) nabiału i zbożowych węglowodanów. Cóż począć - tak lubi. Pozostaje żywić nadzieję, że pantha rei, kiedyś będzie wszystko inaczej.
Na plus zaliczam: picie wody, przekonanie do soczewicy i możliwość przemycenia elementów zielonych lub warzywnych z towarzystwie klusek i makaronu.
Także matki Tadków niejadków: głowa do góry. Nie jest źle, a może być nawet lepiej!
Teoretycznie BLW jest świetną sprawą - nie wymaga kulinarnych wygibasów i wielogodzinnego stania przy garach. Słusznie zakłada, że wszyscy jak jeden mąż zjadać będą to samo.
Na dzień dobry, matka papieska jak sam papież - wypożyczyła stosowną, wszem i wobec znaną książkę made by Mamania (klik), poguglała tu i tam, zaprzyjaźniając się w szczególe z tablicami żywienia niemowląt (klik), następnie nabyła właściwe warzywa, a chwilę potem wysokiej klasy cielęcinę z tzw. sprawdzonego źródła i co? I jedno wielkie n i c.
Przez pół roku z okładem dziecię nie chciało tknąć niczego, co miałoby postać litego kawałka. Ani mięsa, ani rybki ani tym bardziej żadnego warzywka. Jeśli Księciunio badał organoleptycznie, to z pominięciem węchu i smaku - tak, jakby te zmysły nie istniały w ogóle albo nie były jeszcze zupełnie rozwinięte. Na JuTjubie matka z niejakim zadziwieniem przyglądała się ośmiomiesięcznym oseskom, ogryzającym pazernie jagnięcą kość.
Księciunio przez długi czas eksplorował żywieniową rozmazując ją po blacie stolika i sprawiając nieodparte wrażenie, że nie ma zielonego pojęcia, do czego służyć może kawałek banana, brokuła, czy kukurydziany chrupek.
Od czasu do czasu udawało się matce skutecznie zaproponować (najczęściej chytrym podstępem) kawałek ugotowanej marchewki czy innej zieleniny w formie zmielonej papki.
Księciunio od początku łaskawym okiem patrzył jedynie na kaszę mannę na krowim (a jakże) mleku. Pięknie grillowany bukiet jarzyn, na czele z neutralną w smaku cukinią, ku rozpaczy matki także nie miał wzięcia.
Nie bez znaczenia był fakt karmienia piersią Księciunia przez 16 miesięcy. Wiadomo nie od dziś (i wiele na ten temat zostało powiedziane), że mleko matki długo zaspokaja zapotrzebowanie na kalorie, witaminy, składniki mineralne. W przedziale 1-2 lata pokrywa zpopyt na na energię w jednej trzeciej. Z drugiej strony wiadomo też, że wprowadzanie potraw uzupełniających z a l e c a s i ę już w wieku sześciu miesięcy (klik).
U nas jednak jedzenie rozumiane jako p r ó b o w a n i e n o w e g o ruszyło z kopyta dopiero po całkowitym odstawieniu mleka.
Stan na dziś:
Dziś, w 21-szym miesiącu życia sprawdzają się:
- wszelkiego rodzaju kluchy, najchętniej na bazie sera i ziemniaków (leniwe, kopytka, ruskie wiodą prym)
- jeśli zupy to w postaci kremu, sporadycznie warzywa w kawałkach
- jeśli mięso, to zmielone, wymieszane z ziemniakami puree w proporcji 1:3
- ziemniaki (no tak, ziemniaki są słodkie)
- szpinak (oczywiście zmielony)
- chleb - najczęściej z masłem, ew. ze serem, rozsmarowanym na kanapce, skórka jest bleee
- wszelkie słodkości, których matka w wiadomych względów unika
- makarony w drobnymi kawałkami czegoś (najlepiej sprawdza się wszelkiego typu pesto)
- naleśniki i pancakes'y z mąk różnych
- kasze: jaglana, kukurydziana, manna
- płatki owsiane
- parówki (olaboga, MOM!) i jajka
- soczewica, chętnie z mleczkiem kokosowym
- banany i jabłka - inne owoce nie istnieją, chyba, że zmielone i zmieszane z czymś innym, np. kaszą
- ogólnie nabiał (a mleko zwłaszcza)
- do picia woda, woda, i jeszcze raz woda!
A czego Księciunio programowo nie jada? (mimo podejmowanych nie raz prób)
- warzyw niegotowanych
- warzyw kiszonych (ech, kapuśniak, ech ogórki)
- wędlin wszelkiej maści
Największe zaskoczenia minionego roku?
- jogurt kozi o zapachu kozy, zjedzony ze smakiem
Podsumowując: aktualnie dieta Księciunia wydaje się monotematyczna, z niedoborem warzyw, mięsa, ryb i pewną nadpodażą (w matczynej ocenie) nabiału i zbożowych węglowodanów. Cóż począć - tak lubi. Pozostaje żywić nadzieję, że pantha rei, kiedyś będzie wszystko inaczej.
Na plus zaliczam: picie wody, przekonanie do soczewicy i możliwość przemycenia elementów zielonych lub warzywnych z towarzystwie klusek i makaronu.
Także matki Tadków niejadków: głowa do góry. Nie jest źle, a może być nawet lepiej!
niedziela, 8 marca 2015
What's wrong with ballet? Słowo o równo-wychowaniu
Prolog
Pamiętacie Billy'ego Elliota? Chwytający za gardo film o chłopaku z przedmieść, co nad życie kochał tańczyć i bezkompromisowo szedł swoją drogą. Dzięki talentowi, pasji i ciężkiej pracy (oraz wsparciu rodziny) osiągnął sukces.
Co jest n i e t a k z Billym? Ano Billy jest pasjonatem baletu - dyscypliny tańca, postrzeganej jako dziewczyńska.
Znacie pewnie te epitety, kierowane do dziewczyn i kobiet: "chłopczyca", "babochłop" itepe.
Znacie przekazy, jakimi faszeruje się chłopców: "nie bądź babą", "chłopaki nie płaczą", "nie marz się, jak dziewczyna".
Albo z drugiej strony - brzmią wam znajomo teksty, jaki karmi się dziewczyny: "nie wypada ci tego, czy siamtego, bo jesteś dziewczyną". Jeśli chłopiec - koniecznie na niebiesko, dziewczynka - tylko na różowo. Im głębiej w życie, tym bardziej dotkliwie i konsekwentnie.
Scena pierwsza
Rozmawiamy z mężem o naszej na oko dwunastoletniej sąsiadce, która przewodzi osiedlowej szajce dzieciaków. Mąż opowiada, jak z dezynwolturą witała go w windzie. Określenie"chłopczyca" wisi na końcu języka.
W tym przypadku chłopczyca ma oznaczać istotę pewną siebie, zdecydowaną, na swój dziecięco-nastoletni sposób charyzmatyczną. W domyśle to cecha chłopięca. Wiadomo - dziewczyny są ciche, potulne i delikatne. Jeśli mówią - szemrzą pod nosem, ledwie je słychać. Nie walczą. Nie konfrontują się. Nie są asertywne. Ustępują przy byle okazji.
Scena druga
Z przypadkiem napotkaną w sklepie kuzynką, oczekującą potomka grzebiemy w koszu z ciuchami dziecięcymi. Co wyłowię jakiś świetny ciuch dla syna (lniany rampers fioletowo-pomarańczowy, bluzę w gwiazdki, aladynkowe ogrodniczki), nad uchem l przelatuje mi komentarz, że to ciuchy "dziewczyńskie". Udaję, że nie słyszę, bo co na to odpowiedzieć? Że to tylko nasze kalki i przesądy? Że na razie mam je w nosie, póki społeczeństwo się nie upomni o swoje...?
II Małopolski Kongres Kobiet. Siedzę na widowni. Nie mogę sobie odmówić panelu pod hasłem "Równo-wychowanie. Rozterki nie tylko macierzyńskie".
Wiadomo - temat rzeka, w zasadzie mój ulubiony mono-wątek ostatnio, kręcę się wokół niego namolnie, jak ćma wokół świecy.
Paneliści na scenie okazują się na tyle zróżnicowani (słyszalny głos tradycji w wykonaniu jedynego w gronie faceta krąży złowieszczo nad salą). Koniec końców robi się gorąco, choć dyskusja toczy się bardzo kulturalnie.
No dobrze, zacznijmy od tego, czy dzieci, zależnie od płci się różnią.
Mit 1.
Dziewczynki są: uczuciowe i wrażliwe.
Chłopcy: dzielni, silni, kompetentni.
Prawda
Nawet rodzice małych dzieci, które nie miały jeszcze okazji objawić światu swoich wrodzonych właściwości, odwołują się do cech, przypisywanych zwyczajowo płci.
Dziewczynki z natury są gorsze w matematyce i naukach ścisłych.
Do 15 roku życia, dziewczynki idą łeb w łeb z chłopcami. Potem następuje załamanie, które jest skutkiem: niskiej samooceny, braku wsparcia rodziców oraz nauczycieli. Im silniejszy stereotyp, tym większa faktyczna dysproporcja w osiągnięciach między płciami (badania Sandry Berm).
Mit 3.
Kobiety są bardziej empatyczne od mężczyzn.
Prawda
Badania pokazują, że różnica występuje na poziomie kwestionariusza (czyli d e k l a r a c j i). Jeśli zmierzyć reakcję fizjologiczną, istotnej różnicy między płciami nie zaobserwowano.
*
Jedna z panelistek, dziennikarka lokalnego radia i matka różnopłciowych bliźniąt przytomnie zauważa, że dopóki dzieci nie były dotknięte przez wpływ społeczny wszystko toczyło się naturalnym rytmem. Poszły do przedszkola, zaczęło się prostowanie. Chłopcom nie wypada bawić się lalką ani tańczyć baletu.
Czym jest równo-wychowanie? Jest wychowaniem do wolności. Obecni w większości zgodzili się się, że równo-wychowanie polega na stwarzaniu r ó w n y c h s z a n s. Bez względu na płeć.
Doklejam morał dla siebie i męża (może i inni skorzystają): chcesz być uważny, zacznij od siebie. Montaigne mawiał, że nikt nie jest wolny od mówienia bredni. Z pewnością nikt z nas nie jest też wolny od stereotypów.
wtorek, 3 marca 2015
Matka matce wilczycą?
Mater matris lupa est.
Jest mi gorzko ostatnio.
Wydawało mi się przez chwilę, że jedziemy na jednym wózku. My - matki (albo szerzej: my - rodzice, żeby nie było, że stereotypizuję). Skoro bywa nie raz, a nawet często, że trudności i radości mamy podobne. A zdarza się, że i identyczne.
Jasne jak słońce, że inaczej je przeżywamy i inaczej sobie radzimy, bo inne mamy zasoby.
Jest mi gorzko ostatnio.
Wydawało mi się przez chwilę, że jedziemy na jednym wózku. My - matki (albo szerzej: my - rodzice, żeby nie było, że stereotypizuję). Skoro bywa nie raz, a nawet często, że trudności i radości mamy podobne. A zdarza się, że i identyczne.
Jasne jak słońce, że inaczej je przeżywamy i inaczej sobie radzimy, bo inne mamy zasoby.
Różne cele nam przyświecają i różne wartości nas prowadzą.
Tylko dlaczego niektóre (niektórzy) stawiają sobie za cel, żeby przekabacić inne (innych)? Czyżby chodziło o tak zwaną misję?
Misja wydaje się ważna i potrzebna pod warunkiem, że nie działa się zbyt napastliwie. Fajnie i inspirująco, jeśli inni chcą czerpać z naszej wiedzy i doświadczenia.
Nawracanie na "jedynie słuszną drogę" jest jednak indoktrynacją. A indokrynacja nigdy nie jest właściwa.
Chcesz karmić dziecko mm - proszę bardzo. Czipsami? Colą? GMO? Czemu nie. Posyłasz je na religię katolicką albo do zboru świadków Jehowy? Proszę bardzo.
Wolicie spędzać czas, leżąc na sofie przed telewizorem albo przeciwnie - jeżdżąc na hulajnodze? Wolnoć Tomku. W kwestiach zarówno błahych, jak i istotnych.
Dopóki nie dzieje się nikomu ewidentna krzywda, wszystko można.
Tylko dlaczego niektóre (niektórzy) stawiają sobie za cel, żeby przekabacić inne (innych)? Czyżby chodziło o tak zwaną misję?
Misja wydaje się ważna i potrzebna pod warunkiem, że nie działa się zbyt napastliwie. Fajnie i inspirująco, jeśli inni chcą czerpać z naszej wiedzy i doświadczenia.
Nawracanie na "jedynie słuszną drogę" jest jednak indoktrynacją. A indokrynacja nigdy nie jest właściwa.
Chcesz karmić dziecko mm - proszę bardzo. Czipsami? Colą? GMO? Czemu nie. Posyłasz je na religię katolicką albo do zboru świadków Jehowy? Proszę bardzo.
Wolicie spędzać czas, leżąc na sofie przed telewizorem albo przeciwnie - jeżdżąc na hulajnodze? Wolnoć Tomku. W kwestiach zarówno błahych, jak i istotnych.
Dopóki nie dzieje się nikomu ewidentna krzywda, wszystko można.
*
Sytuacja 1. Jakiś czas temu w pewnej grupie o karmieniu piersią zadałam pytanie j a k odstawić pierś bezboleśnie i łagodnie. Nie chodziło mi o rozwianie watpliwości - zostało to wypowiedziane w p r o s t.
A co w odpowiedzi?
W 90%: nie-kończące się pytania ("dlaczego?", "czy naprawdę musisz?")
W 18%: odwodzenie od pomysłu ("pogadaj z doradczynią"),
W 2%: "nie pomożemy ci, bo ta grupa wspiera karmienie do naturalnego samoodstawienia się".
Poza tym popularny wywód o szkodliwości karmienia mm.
Sytuacja 2. Decyduję się na żłobek. Nie jest mi łatwo (o tym tu), ale decyzja zostaje podjęta, a kości rzucone. Idąc tym tropem, w stosownej grupie zadaję pytanie: j a k łagodnie przeprowadzić adaptację. I cóż?
Większość odpowiedzi odwołuje się do teorii przywiązania Bowlby'ego. Większość głosów ma odwieść mnie od już podjętej decyzji. A więc znów "pod żadnym pozorem nie posyłaj dziecka do żłobka", "separacja prowadzi do zaburzeń emocjonalno-rozwojowych". I tak dalej.
Mogę się zgodzić z teorią Bowlby'ego (klik), ale nie o t o pytałam!
Jest mi gorzko, że często zbyt pochopnie oceniamy. Zbyt pochopnie, zbyt jednoznacznie, zbyt zasadniczo.
W sumie jest tak, jak w tym spocie reklamowym, co przetoczył się niedawno przez internety (klik)
A co w odpowiedzi?
W 90%: nie-kończące się pytania ("dlaczego?", "czy naprawdę musisz?")
W 18%: odwodzenie od pomysłu ("pogadaj z doradczynią"),
W 2%: "nie pomożemy ci, bo ta grupa wspiera karmienie do naturalnego samoodstawienia się".
Poza tym popularny wywód o szkodliwości karmienia mm.
Sytuacja 2. Decyduję się na żłobek. Nie jest mi łatwo (o tym tu), ale decyzja zostaje podjęta, a kości rzucone. Idąc tym tropem, w stosownej grupie zadaję pytanie: j a k łagodnie przeprowadzić adaptację. I cóż?
Większość odpowiedzi odwołuje się do teorii przywiązania Bowlby'ego. Większość głosów ma odwieść mnie od już podjętej decyzji. A więc znów "pod żadnym pozorem nie posyłaj dziecka do żłobka", "separacja prowadzi do zaburzeń emocjonalno-rozwojowych". I tak dalej.
Mogę się zgodzić z teorią Bowlby'ego (klik), ale nie o t o pytałam!
*
Staram się wsłuchiwać w wielogłos. Nie upieram się przy swoim. Mam swój łeb na karku, swoją wrażliwość, patrzę przez własne okulary. Pewnie inni przez te same okulary ujrzeliby coś zupełnie innego. Jest mi gorzko, że często zbyt pochopnie oceniamy. Zbyt pochopnie, zbyt jednoznacznie, zbyt zasadniczo.
W sumie jest tak, jak w tym spocie reklamowym, co przetoczył się niedawno przez internety (klik)
sobota, 21 lutego 2015
Czasem koń nie jest koniem, choć na takiego wygląda
Poznajcie K.
K. to moja serdeczna koleżanka z podstawówki.
Różni nas wiele, łączą wspomnienia. Niegdysiejsza wspólnota losów. Plus i przede wszystkim: dzieci w tym samym wieku.
Czasem spotykamy się na zielonej trawce.
Czasem K. ratuje mi skórę, biorąc Jerza na chwilę (czyt. kilka godzin w wielkomiejskich realiach). Bywa miło, a na pewno użytecznie. Na tym polega oddawanie sobie przyjacielskich przysług. Wymiana barterowa. Raz jej dziecko u mnie, potem moje u niej, zwłaszcza, że z dwójką w podobnym wieku jest jak z jednym.
Korzystam rzadko - kiedy nóż mam na gardle albo miecz Damoklesa nad głową, trzeba iść do lekarza, a nikogo "z rodziny" wokół.
Nie nadużywam, bo nie umiem. Proszenie staje mi ością w gardle.
K. od porodu ma potężne problemy w kręgosłupem. Właściwie stoi przed decyzją o operacji neurochirurgicznej. Bywają dni, że nie ma siły zwlec się z łóżka. Nie ma siły wziąć na ręce swojej córki. Żeby stanąć na nogi trzeba jej konkretnego rozruchu w postaci długiego spaceru. Zabawa z dzieckiem w niewygodnej pozycji czyni więcej szkody, niż pożytku.
Dzień w dzień to samo. Spacer-rozruch nie zawsze udaje się zrealizować. Taki mamy klimat - wiadomo.
Pierś odstawiona, bo silne leki przeciwbólowe. Działają, ale trzeba je regularnie brać.
Niemąż K. wpada po dniu roboty i "na nic nie ma siły". Najlepiej, jakby służące buty zzuły, powachlowały jaśnie pana.
Małej spada na ziemię zabawka i zgadnijcie: kto ją podnosi?
Spacer z dzieckiem? Tylko od wielkiego dzwonu. Lepiej odpocząć, czytaj: posiedzieć na kanapie. Z dzieckiem się pobawić, komunikując się równocześnie ze światem palcem wskazującym. Klik klik. Dwa w jednym. W pełni wielozadaniowo - zmęczenie nie jest już przeszkodą.
Zasypianie? Przewijanie? Kupa? Od tego jest matka. W końcu z a z w y c z a j matka ma wielomiesięczne, zatem bezcenne doświadczenie. Dzięki niemu z tym i owym sprawniej sobie radzi.
Ale zaraz, zaraz - zapytacie. Gdzie jest w tym wszystkim matka? Matka nie ma głosu?
Nie każda kobieta ma szczęście, czyli współpracującego partnera - można podsumować.
A można inaczej. To jest tylko j e d n a z w i e l u p e r s p e k t y w.
Nie każda kobieta wymaga. Nie każda kobieta uznaje, że m a p r a w o wymagać.
Nie każda czuje się skrzywdzona, chociaż często pada na pysk. Albo jęczy z bólu. W przeności i dosłownie - jak K.
Niektóre tkwią po uszy w modelu tradycyjnym, a na dodatek czują się w nim jak ryby w wodzie.
A jaki jest morał?
Banalnie prosty: ile kobiet, tyle potrzeb i narracji. Jak nie wierzycie, przeczytajcie koniecznie dyskusję pod postem na blogu Hafiji (klik).
Banalnie prosty: ile kobiet, tyle potrzeb i narracji. Jak nie wierzycie, przeczytajcie koniecznie dyskusję pod postem na blogu Hafiji (klik).
czwartek, 19 lutego 2015
Dziecko a ruchome obrazy (nasz mini ranking bajek)
Telewizora nie mamy od lat. Wiadomości oglądamy on-line, na filmy chodzimy do kina albo urządzamy seanse domowe na prześcieradle, przerobionym na ekran. Powstał nawet pomysł zorganizowania kina letniego na pustej ścianie sąsiedniego budynku.
Sporadyczne kontakty z telewizją pod różnymi postaciami utwierdzają nas w przekonaniu, że dokonaliśmy sensownego wyboru.
Po pierwsze - psieje ogólnie poziom kultury (w tym masowej), wystarczy porównać edycję Opola A.D. 77 do produkcji festiwalowych ostatnich lat. W telewizji nie ma czego szukać. Przynajmniej w ogólnodostępnych kanałach i o ludzkich porach. Zapomnijcie o misji.
Co do poziomu z '77 patrzcie i słuchajcie intro w wykonaniu Agnieszki O., Jonasza K. i Wojciecha M. (klik)
Cud i miód, poezja sama. Wojciech M. autoironicznie wspomina początki festiwalu:
"I opolskie me pisanie rozpocząłem od zadania straszliwego ciosu w piosenkarską szmirę.
Ludzie to lubią, ludzie to kupią,
byle na chama, byle głośno, byle głupio".
Trafna diagnoza, ale raczej tego, co króluje teraz.
Po drugie - chodzi (też, ale nie przede wszystkim) o agresywne, wszędobylskie, prymitywne reklamy. Reklamy, które zakłócą skutecznie wszelki odbiór i przekształcają sensowne treści w sieczkę. W tym temacie polecam Iwo Zaniewskiego (klik).
Okazuje się, że jak się ma dziecko, c z a s e m t r z e b a. Oglądać bajki, nie reklamy (choć reklamodawcy chcieliby inaczej). Choćby się człowiek nie wiem, jak zarzekał, że za żadne skarby, że nigdy, bo pranie mózgu i negatywny wpływ na zwoje mózgowe i połączenia synaptyczne. Że tylko interakcja, bo interakcja uczy i kształtuje (liczne badania dowodzą, że tak jest).
Na dodatek naczyta się rodzic rekomendacji wu ha o i a pe pe (klik), a one jasno mówią, że nie można i się nie powinno (ta sama historia, co ze słodyczami, poznajecie?).
Jaka by nie była prawda, w praktyce latorośl wyje w niebogłosy podczas jazdy samochodem, zabiegów higieniczno-leczniczych i bez (multi)medialnego zajęcia jest ciężko ogarnąć sytuację (albo się nie da w ogóle).
Znam rodziców, którzy dzieciom w ogóle nie dają słodyczy. Ani żadnych obrazów ruchomych technologicznie zaawansowanych nie fundują.
Znam też takich, co podróżują z tabletem w torbie i serwują go przy lada okazji.
Bywa różnie. W końcu różne mamy dzieci. I różne potrzeby.
Pytanie brzmi, co oglądać? (jeśli już trzeba).
Tadam! Przedstawiamy nasz prywatny ranking obrazów, dostępnych w internecie:
Misza i Masza
Animacja rosyjska pod wieloma względami to światowa czołówka. Masza i Misza (niedźwiadek) to nasza ulubiona baja. Para niekonwencjonalna: Misio jak znękany rodzic wiecznie próbuje uszczknąć coś dla siebie i swoich pasji (warcabów i sudoku), miota się między rolami, własną wygodą i miłością do małej, upierdliwej czasem (jak to dziecko) dziewczynki.
Do towarzystwa mają sympatyczny zwierzyniec. Każde zwierzątko ma swoje drobne pasje i natręctwa: jest świnka melomanka, wilki łakomczuchy, królik uzależniony od marchewki.
A wszyscy żyją bezstrosko pośrodku rosyjskiej tajgi, w pobliżu linii kolejowej do Chin.
Na minus (włożę łyżkę dziegciu): stereotypowy sposób, w jaki przedstawiona jest ukochana kobieta Miszy - pani Misia. Mimozowata młośniczka mięśniaków z kaloryferem, kolorowych pisemek (w opozycji do poczciwego Miszy intelektualisty). Wybaczcie, ale zwracam uwagę, na takie kwestie, nawet (a zwłaszcza) w bajkach dla dzieci.
Na plus: liczne, ironiczne odwołania do kultury masowej (głównie amerykańskiej), umiejętne wykorzystanie różnych klisz kulturowych. Ale to oczywiście gratka nie dla dzieci, tylko dla oglądających coś po raz n-ty rodziców.
Świnka Peppa
Świnka, jak świnka. Miła i bezpretensjonalna, okraszona angielskim poczuciem humorem, ale bez zadęcia. Życie codzienne świnkowej rodziny (2+2) biegnie utartymi torami, ale jest wesołe (świnki często się śmieją, kładąc przy tym na plecach). Warto oglądać w wersji angielskiej - mama świnka jest tu sympatyczniejsza niż w polskiej (polski dubbing czyni ją nieco apodyktyczną).
Kołysanki świata (klik)
Kolejna świetna animacja rosyjska. Cykl kołysanek z różnych stron świata, w duchu raczej tradycyjnym. Przepiękna muzyka, zacne obrazy (różnią się stylem i charakterem, ale większość jest, co tu dużo mówić - wizualnie atrakcyjna). Kopalnia wiedzy o kulturach świata, oczywiście na poziomie dziecięcym. Moim faworytem jest bajka ormiańska, portugalska i żydowska (aszkenazyjska), faworytem Jerza - kołysanka afrykańska. Dobra wiadomość dla patriotów - jest też wersja polska.
Świat małego Ludwika (klik)
Produkcja francuska. Niby nic szczególnego, niby edukacyjna bajka z gatunku nudno-łopatologicznego, ale uwaga: nasz 1,5 roczny berbeć, ją uwielbia! Przeciętny dorosły zaśnie znużony po dwóch minutach. Po dziewięciu możliwe, że będzie gryzł ściany.
Na plus: łagodna muzyka klasyczna (rzadkość), powolne tempo. Przebodźcowanie odbiorcy nie wydaje się możliwe:)
Czego nie oglądać?
Hindusko-angielskich pseudoanimacji ilustrujących superpopularną piosenkę o autobusie (klik). Głowa boli.
Diskopolowych piosenek o jagódkach- skaczących główkach (klik). Choć pewnie niektóre dzieci je uwielbiają, ale ja żadnych walorów nie znajduję:)
Jeśli macie swoje typy - podzielcie się. Nadal szukam inspiracji!
Sporadyczne kontakty z telewizją pod różnymi postaciami utwierdzają nas w przekonaniu, że dokonaliśmy sensownego wyboru.
Po pierwsze - psieje ogólnie poziom kultury (w tym masowej), wystarczy porównać edycję Opola A.D. 77 do produkcji festiwalowych ostatnich lat. W telewizji nie ma czego szukać. Przynajmniej w ogólnodostępnych kanałach i o ludzkich porach. Zapomnijcie o misji.
Co do poziomu z '77 patrzcie i słuchajcie intro w wykonaniu Agnieszki O., Jonasza K. i Wojciecha M. (klik)
Cud i miód, poezja sama. Wojciech M. autoironicznie wspomina początki festiwalu:
"I opolskie me pisanie rozpocząłem od zadania straszliwego ciosu w piosenkarską szmirę.
Ludzie to lubią, ludzie to kupią,
byle na chama, byle głośno, byle głupio".
Trafna diagnoza, ale raczej tego, co króluje teraz.
Po drugie - chodzi (też, ale nie przede wszystkim) o agresywne, wszędobylskie, prymitywne reklamy. Reklamy, które zakłócą skutecznie wszelki odbiór i przekształcają sensowne treści w sieczkę. W tym temacie polecam Iwo Zaniewskiego (klik).
Okazuje się, że jak się ma dziecko, c z a s e m t r z e b a. Oglądać bajki, nie reklamy (choć reklamodawcy chcieliby inaczej). Choćby się człowiek nie wiem, jak zarzekał, że za żadne skarby, że nigdy, bo pranie mózgu i negatywny wpływ na zwoje mózgowe i połączenia synaptyczne. Że tylko interakcja, bo interakcja uczy i kształtuje (liczne badania dowodzą, że tak jest).
Na dodatek naczyta się rodzic rekomendacji wu ha o i a pe pe (klik), a one jasno mówią, że nie można i się nie powinno (ta sama historia, co ze słodyczami, poznajecie?).
Jaka by nie była prawda, w praktyce latorośl wyje w niebogłosy podczas jazdy samochodem, zabiegów higieniczno-leczniczych i bez (multi)medialnego zajęcia jest ciężko ogarnąć sytuację (albo się nie da w ogóle).
Znam rodziców, którzy dzieciom w ogóle nie dają słodyczy. Ani żadnych obrazów ruchomych technologicznie zaawansowanych nie fundują.
Znam też takich, co podróżują z tabletem w torbie i serwują go przy lada okazji.
Bywa różnie. W końcu różne mamy dzieci. I różne potrzeby.
Pytanie brzmi, co oglądać? (jeśli już trzeba).
Tadam! Przedstawiamy nasz prywatny ranking obrazów, dostępnych w internecie:
Misza i Masza
Animacja rosyjska pod wieloma względami to światowa czołówka. Masza i Misza (niedźwiadek) to nasza ulubiona baja. Para niekonwencjonalna: Misio jak znękany rodzic wiecznie próbuje uszczknąć coś dla siebie i swoich pasji (warcabów i sudoku), miota się między rolami, własną wygodą i miłością do małej, upierdliwej czasem (jak to dziecko) dziewczynki.
Do towarzystwa mają sympatyczny zwierzyniec. Każde zwierzątko ma swoje drobne pasje i natręctwa: jest świnka melomanka, wilki łakomczuchy, królik uzależniony od marchewki.
A wszyscy żyją bezstrosko pośrodku rosyjskiej tajgi, w pobliżu linii kolejowej do Chin.
Na minus (włożę łyżkę dziegciu): stereotypowy sposób, w jaki przedstawiona jest ukochana kobieta Miszy - pani Misia. Mimozowata młośniczka mięśniaków z kaloryferem, kolorowych pisemek (w opozycji do poczciwego Miszy intelektualisty). Wybaczcie, ale zwracam uwagę, na takie kwestie, nawet (a zwłaszcza) w bajkach dla dzieci.
Na plus: liczne, ironiczne odwołania do kultury masowej (głównie amerykańskiej), umiejętne wykorzystanie różnych klisz kulturowych. Ale to oczywiście gratka nie dla dzieci, tylko dla oglądających coś po raz n-ty rodziców.
Świnka Peppa
Świnka, jak świnka. Miła i bezpretensjonalna, okraszona angielskim poczuciem humorem, ale bez zadęcia. Życie codzienne świnkowej rodziny (2+2) biegnie utartymi torami, ale jest wesołe (świnki często się śmieją, kładąc przy tym na plecach). Warto oglądać w wersji angielskiej - mama świnka jest tu sympatyczniejsza niż w polskiej (polski dubbing czyni ją nieco apodyktyczną).
Kołysanki świata (klik)
Kolejna świetna animacja rosyjska. Cykl kołysanek z różnych stron świata, w duchu raczej tradycyjnym. Przepiękna muzyka, zacne obrazy (różnią się stylem i charakterem, ale większość jest, co tu dużo mówić - wizualnie atrakcyjna). Kopalnia wiedzy o kulturach świata, oczywiście na poziomie dziecięcym. Moim faworytem jest bajka ormiańska, portugalska i żydowska (aszkenazyjska), faworytem Jerza - kołysanka afrykańska. Dobra wiadomość dla patriotów - jest też wersja polska.
Produkcja francuska. Niby nic szczególnego, niby edukacyjna bajka z gatunku nudno-łopatologicznego, ale uwaga: nasz 1,5 roczny berbeć, ją uwielbia! Przeciętny dorosły zaśnie znużony po dwóch minutach. Po dziewięciu możliwe, że będzie gryzł ściany.
Na plus: łagodna muzyka klasyczna (rzadkość), powolne tempo. Przebodźcowanie odbiorcy nie wydaje się możliwe:)
Czego nie oglądać?
Hindusko-angielskich pseudoanimacji ilustrujących superpopularną piosenkę o autobusie (klik). Głowa boli.
Diskopolowych piosenek o jagódkach- skaczących główkach (klik). Choć pewnie niektóre dzieci je uwielbiają, ale ja żadnych walorów nie znajduję:)
Jeśli macie swoje typy - podzielcie się. Nadal szukam inspiracji!
piątek, 13 lutego 2015
Pułapka czy wybór?
W czwartek z sentymentu kupuję gazetę. Głównie przez reporterski dodatek, który dawno temu był marką samą w sobie.
Potem uległ lekkiemu skundleniu, a ostatnio jakby ma się lepiej. Często można znaleźć w nim coś ciekawego/ważnego. W każdym razie ja znajduję tam więcej ważnego niż w kobiecym, warszawocentrycznym dodatku sobotnim. Choć - żeby oddać sprawiedliwość, ostatnio zdarzył się tam ekstra wywiad o życiu z kosmitą (polecam - klik).
Ale do rzeczy.
Wczoraj gazeta dołożyła lokalny informator o przedszkolach. Do najbardziej obleganych (wiadomo - publicznych) rekrutacja tradycyjnie rusza w marcu.
Jeszcze nie jestem na etapie wyborów, ale zastanowiło mnie, jaką funkcję ma spełniać takie miejsce (poza przechowywaniem dzieci). Lektura ogłoszeń, notek i zachęcaczy reklamowych inspiruje do przemyśleń.
Że pominę przedszkola publiczne - do nich nikogo zachęcać nie trzeba, wiadomo dlaczego. Sam fakt dostania się do takiego jest jak los na loterii. Legenda miejska głosi, że przedszkola samorządowe są OK. Często na przyzwoitym poziomie, pod nadzorem, z własnym zapleczem kulinarnym (i wyżywieniem w wersji premium). Funkcjonują od lat, mają renomę, doświadczone opiekunki. Czasem staroświeckie metody wychowawcze.
Kiedyś myślałam, że przedszkole jest miejscem, w którym dziecko ma się dobrze/bezpiecznie czuć. Spędza w nim w końcu większość czasu.
Wydawało mi się, że najważniejsza jest: ludzka życzliwość (tego brakowało w głębokich latach 80-tych), przyzwolenie na ekspresję, jasne stawianie granic i towarzystwo. Przedszkole ma socjalizować tych, co wcześniej mieli nikły kontakt z szerokim gronem (bo mama albo babcia, niewiele krewnych i znajomych w okolicy). Plus oczywiście zabawy - mniej lub bardziej według struktury, ciekawe, ale niekoniecznie wyrafinowane. Zwykłe, czasem tradycyjne - śpiewanki, piosenki, tańce, harce.
Dzieciństwo to przede wszystkim czas na zabawę. Jasne, że przez zabawę młody człowiek się uczy. Jasne, że istnieją wychowawcze metody i metodologie, certyfikowane i z jasno określonymi zasadami. Ale nie o to p r z e d e w s z y s t k i m chodzi.
Do wyboru do koloru.
Nie wiadomo jednak, czego się spodziewać. Bo roi się od marketingowych chwytów i błyszczących opakowań: "rozwijamy młode talenty", "kształtujemy wyobraźnię".
Można wybierać między przedszkolem językowo -artystycznym, sportowo - językowym, sportowo - tanecznym.
Koło taneczne albo angielski, a może hiszpański
Warsztaty muzyczne albo dogoterapia
A może koło filmowo-dziennikarskie (co robią przedszkolaki w takim kole?)
Wyjścia edukacyjne (czy całe życie nie jst edukacją w tym wieku)
Judo albo balet.
"Ciekawe programy, przygotowujące dzieci do szkoły" (nawet do pierwszej klasy trzeba się przygotować?)
Można zachęcać też inaczej - ideologicznie.
Przedszkole pw. Matki Bożej Brzemiennej zachęca tak: "Podczas gdy inni zachwycają się nowinami z Zachodu, my stawiamy na Polskę, jej wartości i niemodny już patriotyzm (...) Naszym celem nie jest katechizowanie Rodzica, ale miłość do dziecka. Dlatego każdy człowiek szanujący wartości oparte o kulturę chrześcijańską jest zaproszony do naszego przedszkola. Naukę o rodzinie przekazujemy zgodnie z nauką o moralności Kościoła Katolickiego".
Można nęcić dużym ogrodem, placem zabaw, dostępem do prywatnego lasu (tak, tak - w dzisiejszych czasach to niezła gratka - kilka drzew w naturalnym otoczeniu).
Jasne, świat oczekuje naszych licznych i rzadkich kompetencji (bez nich zawodowo nie będziemy się liczyć). Ale czy przedszkole to miejsce, w którym j u ż je mamy formować? W końcu przyjdzie na to czas: w szkole, na studiach, w dorosłym, samosterownym życiu.
A może to tylko marketingowe chwyty, nic więcej?
Nadmiarowa oferta z "koniecznymi" elementami, męczącymi gadżetami, zbędnymi bodźcami, wyjadaczami pieniędzy ? Tylko taka ma zapewnić właściwy r o z w ó j i s z c z ę ś l i w o ś ć. Ciekawe, jak przedszkolaki znoszą taki bogaty program?
W każdym razie mnie bardziej zachęciłaby taka oferta, jak tu:
"Najważniejsze są wzajemny szacunek, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Dzieci aktywnie odkrywają świat, a mu staramy się im w tym pomóc: zapewniamy im stymulujące środowisko, wspieramy ich naturalną twórczość, rozbudzamy ich ciekawość".
Dobrze, że jest jeszcze czas.
Jeszcze lepiej, że mamy w czym wybierać (oczywiście najważniejsze, co kryje się r z e c z y w i ś c i e pod opisem).
Może nie taki wilk straszny, jak go malują.
A jak jest/będzie u was?
Potem uległ lekkiemu skundleniu, a ostatnio jakby ma się lepiej. Często można znaleźć w nim coś ciekawego/ważnego. W każdym razie ja znajduję tam więcej ważnego niż w kobiecym, warszawocentrycznym dodatku sobotnim. Choć - żeby oddać sprawiedliwość, ostatnio zdarzył się tam ekstra wywiad o życiu z kosmitą (polecam - klik).
Ale do rzeczy.
Wczoraj gazeta dołożyła lokalny informator o przedszkolach. Do najbardziej obleganych (wiadomo - publicznych) rekrutacja tradycyjnie rusza w marcu.
Jeszcze nie jestem na etapie wyborów, ale zastanowiło mnie, jaką funkcję ma spełniać takie miejsce (poza przechowywaniem dzieci). Lektura ogłoszeń, notek i zachęcaczy reklamowych inspiruje do przemyśleń.
Że pominę przedszkola publiczne - do nich nikogo zachęcać nie trzeba, wiadomo dlaczego. Sam fakt dostania się do takiego jest jak los na loterii. Legenda miejska głosi, że przedszkola samorządowe są OK. Często na przyzwoitym poziomie, pod nadzorem, z własnym zapleczem kulinarnym (i wyżywieniem w wersji premium). Funkcjonują od lat, mają renomę, doświadczone opiekunki. Czasem staroświeckie metody wychowawcze.
Kiedyś myślałam, że przedszkole jest miejscem, w którym dziecko ma się dobrze/bezpiecznie czuć. Spędza w nim w końcu większość czasu.
Wydawało mi się, że najważniejsza jest: ludzka życzliwość (tego brakowało w głębokich latach 80-tych), przyzwolenie na ekspresję, jasne stawianie granic i towarzystwo. Przedszkole ma socjalizować tych, co wcześniej mieli nikły kontakt z szerokim gronem (bo mama albo babcia, niewiele krewnych i znajomych w okolicy). Plus oczywiście zabawy - mniej lub bardziej według struktury, ciekawe, ale niekoniecznie wyrafinowane. Zwykłe, czasem tradycyjne - śpiewanki, piosenki, tańce, harce.
Dzieciństwo to przede wszystkim czas na zabawę. Jasne, że przez zabawę młody człowiek się uczy. Jasne, że istnieją wychowawcze metody i metodologie, certyfikowane i z jasno określonymi zasadami. Ale nie o to p r z e d e w s z y s t k i m chodzi.
Do wyboru do koloru.
Nie wiadomo jednak, czego się spodziewać. Bo roi się od marketingowych chwytów i błyszczących opakowań: "rozwijamy młode talenty", "kształtujemy wyobraźnię".
Można wybierać między przedszkolem językowo -artystycznym, sportowo - językowym, sportowo - tanecznym.
Koło taneczne albo angielski, a może hiszpański
Warsztaty muzyczne albo dogoterapia
A może koło filmowo-dziennikarskie (co robią przedszkolaki w takim kole?)
Wyjścia edukacyjne (czy całe życie nie jst edukacją w tym wieku)
Judo albo balet.
"Ciekawe programy, przygotowujące dzieci do szkoły" (nawet do pierwszej klasy trzeba się przygotować?)
Można zachęcać też inaczej - ideologicznie.
Przedszkole pw. Matki Bożej Brzemiennej zachęca tak: "Podczas gdy inni zachwycają się nowinami z Zachodu, my stawiamy na Polskę, jej wartości i niemodny już patriotyzm (...) Naszym celem nie jest katechizowanie Rodzica, ale miłość do dziecka. Dlatego każdy człowiek szanujący wartości oparte o kulturę chrześcijańską jest zaproszony do naszego przedszkola. Naukę o rodzinie przekazujemy zgodnie z nauką o moralności Kościoła Katolickiego".
Można nęcić dużym ogrodem, placem zabaw, dostępem do prywatnego lasu (tak, tak - w dzisiejszych czasach to niezła gratka - kilka drzew w naturalnym otoczeniu).
Jasne, świat oczekuje naszych licznych i rzadkich kompetencji (bez nich zawodowo nie będziemy się liczyć). Ale czy przedszkole to miejsce, w którym j u ż je mamy formować? W końcu przyjdzie na to czas: w szkole, na studiach, w dorosłym, samosterownym życiu.
A może to tylko marketingowe chwyty, nic więcej?
Nadmiarowa oferta z "koniecznymi" elementami, męczącymi gadżetami, zbędnymi bodźcami, wyjadaczami pieniędzy ? Tylko taka ma zapewnić właściwy r o z w ó j i s z c z ę ś l i w o ś ć. Ciekawe, jak przedszkolaki znoszą taki bogaty program?
W każdym razie mnie bardziej zachęciłaby taka oferta, jak tu:
"Najważniejsze są wzajemny szacunek, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Dzieci aktywnie odkrywają świat, a mu staramy się im w tym pomóc: zapewniamy im stymulujące środowisko, wspieramy ich naturalną twórczość, rozbudzamy ich ciekawość".
Dobrze, że jest jeszcze czas.
Jeszcze lepiej, że mamy w czym wybierać (oczywiście najważniejsze, co kryje się r z e c z y w i ś c i e pod opisem).
Może nie taki wilk straszny, jak go malują.
A jak jest/będzie u was?
Subskrybuj:
Posty (Atom)